Opowiem wam o rozkminie, która przylepiła się do mnie podczas niedawnego weekendowego wypadu. Otóż spędzam czas w bezpiecznym, pięknym mieście, które jeszcze nie tak dawno wyglądało zupełnie inaczej, w kraju, który dopiero od kilku dekad podnosi się z wojennych zniszczeń i komunizmu. W Polsce. Jestem z M., przyjaciółką, która pochodzi z kraju dotkniętego podobnymi traumami. Wydajemy pieniądze zarobione na emigracji na absurdalnie drogą kawę i kolejne produkty do makijażu, których nie potrzebujemy, ale które chcemy kupić, żeby sprawić sobie odrobinę przyjemności. Żeby wynagrodzić sobie braki, w jakich żyłyśmy lata temu. Robimy to, bo gdzieś pod powierzchnią wygodnego życia jest jednak trochę pustki i całkiem sporo osobistego cierpienia: strata, ból przemijania, pamięć o niedawno zmarłych bliskich, niespełnione marzenia, stany depresyjne, lęk.
Cieszymy się jesienią, sztuką, korzystamy z tego, co miasto ma nam do zaoferowania, chłoniemy atmosferę. A potem, po wizycie w Muzeum Banksy’ego, nagle dopada nas przygnębienie. Nie dlatego, że wcześniej nie wiedziałyśmy, jaki jest świat, ale dlatego, że na chwilę przestałyśmy o tym myśleć. Przypominamy sobie, jak bardzo jest niesprawiedliwy, jak wiele jest w nim cierpienia i jak niewiele możemy z tym zrobić. Wracamy więc do naszej kawy, zakupów i citybreakowego szczęścia z tą niewygodną świadomością, że gdzieś poza naszym bezpiecznym kadrem rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej.
Podróżujemy z własnym cierpieniem, ale ono jest już oswojone, nieco okiełznane. Mamy na nie swoje sposoby. Mamy tabletki, które można łyknąć w każdej chwili, żeby się z nim rozprawić. Co innego cierpienie, które rozgrywa się na dalszym planie i na większą skalę. Tu nie pomoże żadna pigułka. Zastanawiam się, czy można żyć w świecie, w którym jest tyle cierpienia, i nie oszaleć? Czy można czuć się całkiem dobrze, idąc pięknym krakowskim brukiem i szukając najlepszych kadrów do zdjęć, a jednocześnie mieć świadomość, że gdzieś w Palestynie albo niedalekiej Ukrainie ludzkie światy walą się w gruzy? Czy da się siedzieć w wegańskiej kawiarni i naprawdę cieszyć się drożdżówką z porzeczkami, mając z tyłu głowy obraz holokaustu zwierząt, milionów stworzeń zabijanych, torturowanych, skazanych na męki przez całe swoje życie na tej planecie? Czy można śmiać się z rzuconego przez kogoś żartu, zdając sobie sprawę, że gdzieś tam istnieją grupy nagrywające tortury kotów i wrzucające te nagrania do internetu, że są kraje, w których kobiety nie znaczą więcej niż mebel, a małe dziewczynki są sprzedawane na żony starym zboczeńcom?
Poczucie bezradności spycha nas w otchłań, ale ta otchłań nie jest już taka straszna, bo zdążyliśmy się w niej wygodnie umościć, wyłożyć jej czarne ściany tapetą w kolorowe wzorki; emotikony i kody kreskowe, łapki z kciukiem w górę i serduszka z mediów społecznościowych.
W naszym świecie jest nam wygodnie. Mamy wszystko, a przynajmniej bardzo dużo, a mimo to wciąż jesteśmy nieszczęśliwi. Wiemy, że świat jest niesprawiedliwy, że gdzieś obok, często bardzo blisko, dzieje się niewyobrażalne cierpienie. Nie potrafimy jednak udźwignąć tej wiedzy, więc spychamy ją w najgłębsze zakamarki świadomości, żeby móc normalnie funkcjonować. Zamiast się z nią mierzyć, uciekamy w nadkonsumpcjonizm napędzany przez późny kapitalizm i media społecznościowe. Kupujemy, oglądamy, pożądamy kolejnych rzeczy, próbując zagłuszyć niepokój, którego źródło doskonale znamy. Konsumpcja to plaster na nasze egzystencjalne rany. Wiemy, że coś w tym mechanizmie jest głęboko nie tak, że to pułapka, a jednak w niej tkwimy.
Z lekkim wstydem sprawdzamy metki na ubraniach, kiedy przypomina nam się zawalona w 2013 roku fabryka Rana Plaza w Bangladeszu. Ten obraz przywołuje inne ruiny, których powidoki na zawsze odcisnęły się pod naszymi powiekami: Gazę, Bachmut, Kandahar, Grozny, Warszawę. Na jakimś metafizycznym poziomie rozumiemy, że wszystkie te miasta są jednym miastem — miastem, które będzie nieustannie bombardowane do końca świata.
Choć my nie mieszkamy w TYM mieście, i tak puchnie w nas cicha rozpacz. Samotność pomimo bycia wśród ludzi. Poczucie braku sensu i celu. Wyczerpanie. M. pokazuje mi tego dnia krótki filmik The Egg, z którego w skrócie wynika, że my i wszyscy inni ludzie na tym świecie stanowimy ten sam byt, a to, co wyrządzamy innej osobie, wyrządzamy również sobie. To zmienia perspektywę, kiedy zaczynasz tak patrzeć na wszystko – mówi.
Wychodząc z Muzeum Banksy’ego, przechodzimy przez sklep z pamiątkami. Kubki, magnesy, torby, gadżety. Przez sekundę myślimy, że to część wystawy. Ale nie. Tutaj naprawdę można kupić jakąś pierdołę ze sloganem wyśmiewającym nadmierny konsumpcjonizm. Nie kupujemy nic. Kupujemy za to słodycze i przekąski. Wieczorem zażywamy Xanax i oglądamy kiczowaty film o wampirach. Life is never easy, mówi M. Ale w tamtej chwili jest nam dobrze.
Może jest tak, że możemy jednocześnie wiedzieć, że świat jest straszny, kochać życie, być zmęczeni, kupować niepotrzebne rzeczy, tęsknić za tymi, których już nie ma, i czasami po prostu chcieć, żeby przez kilka dni nikt niczego od nas nie chciał. I może w jakiś sposób jesteśmy w stanie wpływać na świat, nawet jeśli miałby to być tylko jego mały fragment.
W drodze na lotnisko podróżujemy z bardzo głośną i denerwującą kobietą. Wymieniamy się spojrzeniami, ale po chwili któraś z nas mówi: Pamiętaj – the Egg. Śmiejemy się. Kobieta nadal jest irytująca, ale jakoś już nam to nie przeszkadza.




















Skomentuj