Mam szczęście. W pewnym sensie mam dwa domy. Pierwszy to ten, w którym dorastałam, drugi — ten, który wybrałam i w którym spędziłam większą część swojego dorosłego życia. Oba zajmują szczególne miejsce w moim sercu. Ale czy naprawdę należę do któregoś z nich? Moje korzenie nie są przecież tutaj, gdzie jestem teraz, a z tamtego pierwszego miejsca zdążyły już zostać wyrwane.
Jakie słowo zdoła opisać to, kim jestem naprawdę? Moja tożsamość jest płynna, zabarwiona naleciałościami dwóch kultur, pomiędzy którymi dziś żyję. Może nie pamiętam, jak to jest czuć się, jak w domu, ale wiem, jak to jest przynależeć, choć nie być zakorzenioną. Wtapiać się, ale nigdy nie rozpuścić się całkowicie.
To trochę tak, jakby mieszkać w dwóch domach, ale nie posiadać żadnego z nich. Jak być wieczną lokatorką, która nawet nie może przemalować ścian w salonie. Ale może to uczucie wcale nie ma aż tak wiele wspólnego z byciem imigrantką? Może w dzisiejszym, późnokapitalistycznym świecie wielu z nas ma po prostu coraz bardziej rozmytą tożsamość?
Obok polskiego patriotyzmu zdołałam wykształcić w sobie też patriotyzm irlandzki, przejawiający się w niechęci do Korony Brytyjskiej oraz w uwielbieniu dla frytek z octem, co jest chyba moim największym kulturowym shiftem, asymilacją, z której nie ma już odwrotu.
Kiedy jestem w podróży ludzie często pytają mnie skąd jestem. To proste pytanie — where are you from ? — zasiewa we mnie liczne niepokoje. Bo jeśli powiem, że z Polski, to nie skłamię, ale też nie powiem całej prawdy. Jeśli powiem, że z Irlandii, złapią mnie nie za słówka, lecz za akcent — twardy, wyrosły z mowy pełnej chrzęstów i szelestów. I tak oto, chcąc nie chcąc, muszę powiedzieć im o sobie więcej, niż bym chciała. Że jestem stamtąd, a mieszkam tutaj, choć nie do końca, bo jedną nogą wciąż stoję tam — czy to już nie jest zalążek życiorysu, o którym wolałabym nie opowiadać obcej osobie?
W Irlandii otaczają mnie udomowione pejzaże. Oswajałam je latami, przyzwyczajając do siebie obcą mi przestrzeń. Wydeptywałam ścieżki w parku, aż w końcu stały się moje. Setki razy przemierzałam trasy między zakątkami miasta, poznawałam historię jego wąskich uliczek, wyślizganych bruków i brudnych chodników przy starych kościołach. Mijałam brzydkie mieszkania socjalne i urokliwe uliczki, przy których starzeją się puby znane mi książek irlandzkich autorów. Niektóre puby stały się moimi ‘lokalnymi pubami’ — w pewien sposób zawłaszczyłam je, tak jak zawłaszcza się fragmenty świata nie dlatego, że naprawdę do nas należą, ale dlatego, że chcemy móc powiedzieć: to jest moje miejsce.
Latami ćwiczyłam się w udomawianiu otaczającej mnie przestrzeni, a nadal nigdy i nigdzie nie czuję się jak w domu. Nie do końca. Za każdym razem, kiedy jestem w Polsce, dopada mnie nieznośne poczucie, że tyle mnie omija. Miasto, w którym dorastałam, zmienia się gdzieś poza mną, podczas gdy ja wciąż noszę pod powiekami jego dawny obraz. Ten, który kiedyś tak dokładnie wyryłam w pamięci, coraz mniej współgra z rzeczywistością. Ulice, które pamiętam, należą do innego czasu, tego samego, w którym zostawiłam dawną siebie. W jakiś przewrotny sposób, to że mnie tam nie ma sprawia, że tracę to miejsce.
Idąc dalej, za Lukácsem myślę o tym, czy przynależę gdziekolwiek, czy może jest mi pisana transcendentalna bezdomność, bo nie istnieje żaden prawdziwy, uporządkowany świat, do którego mogłabym poczuć, ze należę. Może nie należę nigdzie, może należę wszędzie, a może nie ma to żadnego znaczenia. Może moim domem jest droga pomiędzy wszystkimi miejscami, które kiedyś nazywałam domem?




















Dodaj komentarz