Stare domy są pełne rzeczy, przez które trzeba się przedrzeć, żeby znaleźć to, czego się akurat szuka.
Przypadkiem natrafiam na starą, pustą już buteleczkę perfum. Przywodzi na myśl coś martwego — szklany brzuch nieżywej ryby jest pusty. Nadaremnie naciskam rozpylacz, ale po zdjęciu nakrętki nadal można wyczuć stłumiony latami zapach. Cień zapachu.
W momencie, gdy jego molekuły docierają do neuronów węchowych i uderzają w ciało migdałowate, coś dzieje się z wszechświatem. Czy właśnie zadrżała przestrzeń? Czy rozchyliły się jakieś niewidzialne zapadnie w rzeczywistości, przez które wpadłam w zupełnie inny wymiar? Bo nagle mam dwadzieścia jeden lat, jest upalne lato i idę na spacer z psem, przecudnym owczarkiem niemieckim, którego ciało od lat karmi starą śliwę w ogrodzie. Co ja mówię, tej śliwy już też nie ma.
Myślę o zapachach, przypominam je sobie i układam w głowie swoje życie — zapachami i obrazami. Każdy moment ma zapachową etykietkę jak w katalogu bibliotecznym.
Koniec podstawówki — zapach zielonego dezodorantu Impulse, pierwszych potajemnie palonych papierosów, kurzu na strychu, na którym szukałam starych ubrań i poniemieckich skarbów. W tle Currara, którą spryskiwała się kuzynka na wiejskie dyskoteki. Ja swojej nigdy niestety nie posiadałam. W tym samym czasie zapach perfumowanych stron kobiecych magazynów, u tej samej kuzynki. Przegadane noce, szwendanie się po łąkach, ruinach starych pałaców, słuchanie do rana muzyki. Marzenia o prawdziwych perfumach, takich jak te na śliskich stronach kredowego papieru — Dior Dolce Vita albo Wish Chopard, bo miały najpiękniejsze reklamy. Marzenia ściętej głowy.
Buteleczka perfum Miss Sporty w wyprawce do szkoły średniej i jedna z pierwszych nocy w internacie, kiedy nowa koleżanka z pokoju spryskała się nimi obficie przed odwiedzeniem chłopięcego piętra. Tak pachniał pierwszy semestr. Drugi z kolei miał zapach niebieskich perfum Moon z Oriflame, których również używała nastoletnia bohaterka mojej ostatniej książki.
Macie więc odpowiedź na to, jak dużo mnie samej jest w moich bohaterach.
Moon i Sun to był szał — kupowane na zmianę, raz jedne, raz drugie. Przeplatane tym, co pojawiało się w Avonie — zaczynając od ogórkowych Color Trend, którymi w 1999 roku pachniało pół miasta, przez najcudowniejsze Sunny Skies (dlaczego ich już nie produkują?), aż po „nieavonowe” Perceive z nutą pieprzu, które w maturalnej klasie skomplementował nawet mój nauczyciel historii.
Każdy z tych zapachów jest furtką, przez którą mogę się cofnąć w czasie.
Moon, które znalazłam pod choinką, i do tej pory mam pod powiekami taki obraz: zima, grudniowe dymy, idę chodnikiem pod starym budynkiem bolkowskiego internatu, trzeszczy śnieg, nad głową mrowie gwiazd, w głowie mętlik — piętrzą się wiersze, miłości, przyjaźnie, cuda i dziwy, odbija echem słuchany wcześniej Closterkeller.
Potem, nocą, na balkonie naszego pokoju pijemy tanie wino i palimy papierosy. Na niebie wisi księżyc, podgląda nas przez ogołocone gałęzie rosnącego przy internacie kasztanowca (czy to był kasztanowiec, czy może platan? I czy to ma jakiekolwiek znaczenie?). Rozmawiamy, marzymy, śmiejemy się. Idziemy spać nad ranem, a i tak wstajemy wypoczęci do szkoły. Życie jest dobre.
Nie wiem, czy wtedy chciałabym wiedzieć, że nie zawsze takie będzie. I jestem ciekawa, czy to dlatego, po takich nocach, w tamtych perfumach naprawdę czułam księżycową nutę. Potem, po wielu latach, odnalazłam ją w Moon Dance od Juliette Has a Gun — a więc jednak komuś udało się zdestylować księżyc.
Pamiętam też wiciokrzewowy zapach z Yves Rocher, którym pachniało pierwsze lato po pierwszej klasie liceum, kiedy tak bardzo tęskniłam za Bolkowem, słuchałam mrocznego metalu i czytywałam Witkiewicza wyobrażając sobie, że kiedyś będę taką femme fatale jak Hela Bertz z Pożegnania jesieni. Cóż, młodość. Nie będę się tego wstydzić. W Sunny Skies, które zdominowało kolejne lata czułam nutę świeżo skoszonej trawy — tak pachniały piosenki Janis Joplin, Summertime: One of these mornings you’re gonna rise, rise up singing, you’re gonna spread your wings, and take, take to the sky.
Jak bardzo wierzyłam, że któregoś poranka obudzę się i będę mieć te skrzydła, wzniosę się ponad bylejakość, że będę czuć tę świeżo skoszoną trawę, jaka rośnie na trawnikach amerykańskich domów jak w Love Street The Doors.
Zapach skoszonej trawy w słońcu był tak naprawdę zapachem nadziei, obietnicy.
Niestety, z biegiem lat zjełczał, tak samo jak powoli jełczał mój wewnętrzny ołtarzyk Jima Morrisona. Ze wszystkiego się wyrasta, nawet z bycia hipisem, szczególnie kiedy życie potrząsa tobą, daje po mordzie i każe się nie wygłupiać.
Musiałam przyznać przed sobą, nie bez rozpaczy, że moje wejście w dorosłość było jak te kupowane w Tesco podróby niebieskich Davidoffów. Oryginalne Davidoffy obiecywały Good Life, ale te z Tesco zapewniały jedynie Poor Life — wysupływanie z kieszeni drobnych na autobus, jeżdżenie na stopa z powodu braku nawet tych drobnych, oszczędzanie nawet na tamponach, bo paczka OB kosztowała siedem złotych, a mój przychód wynosił równe zero złotych.
Tu muszę zaznaczyć, że największego kulturowego szoku doznałam, kiedy na emigracji (choć trochę później niż we wczesnych latach dwutysięcznych) natrafiałam na darmowe tampony w damskich toaletach. Tak naprawdę nadal się temu dziwię, szczególnie kiedy pomyślę o tym, że obecnie co czwarta z około dwóch miliardów kobiet regularnie miesiączkujących na Ziemi nie ma dostępu do niezbędnych środków higienicznych.
Z okresu studiów pamiętam więc zapach podrób, nadal Avonu oczywiście, oraz towarzyszącą tym zapachom woń zakurzonych korytarzy uczelni, spalin na ulicach Jeleniej Góry, śmierdzących ludzi w autobusach, ciepłych jeszcze, świeżo skserowanych kartek z Gramatyką opisową języka polskiego, czy inną Aksjologią lingwistyczną.
Ten okres do końca pachniał biedą.
A pierwsze perfumy kupione za pierwsze zarobione pieniądze, już w Irlandii, to były Tommy Girl. Miały w sobie coś z Sunny Skies i nie tylko chodziło tu o podobną trawiastą nutę. Miały w sobie coś z nadziei i obietnicy.
Nowy kraj, nowe życie.
I choć pod względem pachnideł niewątpliwie coś się polepszyło, to z perspektywy czasu uważam tamten okres za najgorszy w moim życiu. Całe lata dwudzieste — te, które podobno powinny być najcudowniejsze, w których rzeźbi się i szlifuje całą przyszłość — w moim wypadku zaowocowały doszlifowaniem jedynie nabytych już w szkole średniej, nieco stępionych odbytą w trakcie studiów terapią, uzależnień i nerwic.
Pamiętam pachnące Kenzo bardzo pijane weekendy, które przedłużały się do wtorków, wieczory pachnące Alienem i trawką, które spędzałam grając na konsoli i objadając się słodyczami, woń kacowego oddechu przebijającą przez Armani Her. Te Armani Her potem zaczną kojarzyć mi się z babcią, bo podarowałam jej balsam z tej serii, jako że perfum wtedy już nie używała, a bardzo spodobał jej się zapach, jaki przyniosłam ze sobą, zjawiając się któregoś dnia w polskim domu. Ogólnie rzecz biorąc to był bezwład i życie przeciwne do tego, o jakim marzyłam słuchając przed laty Summertime. Ale przynajmniej dobrze pachniałam.
Potem bywało różnie, ale nawet w okresach, gdy traciłam pracę i utrzymywałam się z ćwierci byle jakiego etatu, wolałam niedojeść i kupić na eBayu na przykład używane Echo Davidoffa. Po prostu zawsze muszę dobrze pachnieć. Oczywiście dramatyzuję z tym niedojadaniem, bo dramatyzować też bardzo lubię.
Trzecia dekada mojego życia oczywiście zaczęła się od tego wymarzonego przez nastoletnią mnie Diora, i to od dwóch butelek naraz. Bo mogłam. Nareszcie .
Wprawdzie Dolce Vita zajeżdżała trochę starą babą, ale pomyślałam, że każdy w życiu musi mieć perfumy, o których marzył, będąc dzieckiem. Nawet jeżeli trącą myszką albo i zdechłym szczurem.
Na tej samej zasadzie zaopatrzyłam się w kilka innych zapachów, na przykład First od Van Cleef & Arpels czy Chanel, które też mają w sobie nutę starej baby, co mi w ogóle nie przeszkadza i których mam zabronione używać, kiedy jestem w pobliżu swojej mamy. Ale ona nosi zwykle świeże różane, więc co ona wie o życiu.
Wraz z pogłębiającymi się zmarszczkami i dobrobytem ewoluowałam do ery perfum niszowych. Myślę, że tu naprawdę zaczęło się moje życie. Zupełnie inaczej patrzy się na świat, kiedy jest się otuloną mgiełką Lalibela od Memo, ale może tak naprawdę chodzi tu bardziej o styl życia tak inny od tego sprzed lat — gdzie alkohol i używki zastąpiła kombucha, poranny pilates i zbilansowana dieta karmiąca ciało i umysł.
Perfumy niszowe to również niebezpieczeństwo, bo wiodą na ścieżkę, na którą bardzo łatwo zboczyć, a jest to ścieżka perfumowego snobizmu. Można to porównać do snobizmu piwnego, któremu, owszem, też uległam. Bo ja w ogóle jestem podatna na wszelkie tego typu rzeczy: snobizm, narcyzm, nadambitność, pisanie smutnych wierszy.
W tamtym okresie moje wakacje pachniały Moonlight in Heaven od Kiliana (bo kupiłam sobie specjalnie zestaw podróżny z wymienialnymi buteleczkami), a Diory (Dior? To takie mainstreamowe — mogłabym powiedzieć, podkręcając wąsa, gdybym była hipsterem) zastąpiły oudy, kadzidła i wonie gaszonej zapałki.
Któregoś razu w małej dublińskiej perfumerii, w której sprzedają jedynie perfumy niszowe, spryskałam się Etat Libre d’Orange Secretions Magnifiques, nie do końca zdając sobie sprawę z tego, że mają one w sobie nuty potu, krwi i spermy.
I tu powiedziałam sobie: dość.
Bo ile można? Gdzie się kończy prawdziwa perfumeryjna sztuka, a zaczyna wydziwianie?
Bo jak my, ludzie, lubimy wydziwiać — a to inaczej, a to pod prąd, a to w innym kolorze. Wszystko po to, żeby wyrwać się nieuniknionemu poczuciu przeciętności.
Uciekamy, choć nie mamy dokąd uciec, bo każdy z nas w końcu zaczyna rozumieć, że jest zwyczajny. I nie zmieni tego fakt spryskania nadgarstka czymś, co pachnie jak kurz z żarówki.
Do tego przyznanie, że oud (który, notabene, powstaje, kiedy drzewo zostaje zaatakowane przez rodzaj grzyba pleśniowego) pachnie gównem, jest wyzwalające.
Mniej więcej w tamtym okresie ogólnie życie zmieniało się na coraz lepsze, bo zaczęło być tak, jak powinno być — obok był bardzo szczególny ktoś (początek tej miłości pachniał Poeme), a ja powoli dojrzewałam do tego, żeby wreszcie zacząć robić to, do czego się urodziłam, czyli pisać książki. Wtedy też przypadkiem natrafiłam na Libre od YSL i nagle poczułam w nich coś znajomego — nutę, która przeniosła mnie z powrotem do końca lat dziewięćdziesiątych, do jakiejś jesieni sprzed lat. Zakochałam się w tym zapachu, ale wtedy nie kupowałam już nic od marek, które testują na zwierzętach. Buteleczkę tych perfum dostałam potem od przyjaciółki. Już się skończyły, a ja cały czas walczę z sobą, żeby nie kupić kolejnej, chociaż tak kusi.
Nastąpiło również pewne przewartościowanie. Otóż na pewien czas związałam się z tak zwaną branżą beauty i wtedy zobaczyłam, jak to naprawdę jest.
Te wszystkie wymarzone niegdyś Diory i Chanele, wszystkie Tomy Fordy i Hermèsy walające się na zapleczu — testery zakurzone, testery bez nakrętek, testery, które spadły z półki i nikomu nie chciało się ich podnieść, testery, które stały w naszej toalecie jako odświeżacze powietrza, testery obdarte z godności, ze wszystkiego, co jeszcze nie tak dawno miały sobą reprezentować. Luksus to ściema. Luksus to obietnica bez pokrycia, puste słowo, słowo-wydmuszka.
Nadal lubię perfumy. Lubię dobrze pachnieć.
Ostatnio kupiłam przez internet Perceive z Avonu. Te same, które nosiłam w klasie maturalnej, z nutą pieprzu. Stoją obok butelek Serge’a Lutensa na starej szafce udającej toaletkę.
I to bardzo dobra metafora mojego życia.




















Dodaj komentarz