Pisokracja i kiełbasa

Jestem zwykłym człowiekiem, więc polityka mnie brzydzi. Był czas, kiedy brzydziła nieco mniej, wtedy nawet napisałam pracę magisterską poświęconą Palikotowi (tak, oczywiście, że teraz trochę się wstydzę). Poza tym epizodycznym zauroczeniem świńskim ryjem i sztucznym kutasem, zawsze zbierało mi się na większe lub mniejsze wymioty przy jakiejkolwiek styczności z sejmowymi gadającymi głowami. Ot, taka zwyczajna ludzka reakcja na usankcjonowane kurewstwo. Myślę, że większość z nas ma tak samo i większości z nas po prostu chce się rzygać na widok poniektórych facjat z lewej jak i prawej strony politycznej sceny. Ale stanu, do jakiego doprowadza mnie to, co dzieje się w Polsce obecnie, nie da się zobrazować żadnymi wymiotnymi metaforami. To już nie jest taki zwykły obywatelski wkurw. Przyznaję, że jestem po protu przerażona.


Populistyczna partia zacofanych dewotów jaką jest PiS na naszych oczach gwałci to, w co od niecałych trzydziestu lat staramy się wierzyć jako w demokrację. Pomimo tego, że demokracja ta jest jeszcze raczkująca i niedoskonała to i tak jest to właściwie najlepszy ustrój, jaki mieliśmy. Jeżeli weźmiemy pod uwagę cały syf, jaki miał miejsce po odzyskaniu przez Polskę niepodległości prawie sto lat temu, możemy śmiało powiedzieć, że od lat 90. XX wieku naprawdę było OK (Nie mówię, że rewelacyjnie-po prostu OK). Niestety to, co dla wielu współczesnych ludzi jest oczywistym wyznacznikiem sprawnie działającego państwa, czyli idee wolności, równości, niezawisłości czy świeckości, ma się nijak do „wartości” wyznawanych przez tych, którzy obecnie dzierżą władzę. Jest mi jednocześnie wstyd, jestem wściekła i boję się o to, jak w przysłości będzie wyglądał nasz kraj.


Blokowanie mównicy sejmowej (wolność słowa vs. PiS 0:1) i zamieszanie jakie przez to powstało podczas głosowania nad budżetem, kariery na kształt tej Nikodema Dyzmy (nie tylko Misiewicz!), pokątne zmiany prawie 90% dowódców Sztabu Generalnego polskiej armii, powołanie nowego ministra środowiska, który lubuje się w wycinaniu lasów i zabijaniu zwierząt, całkowita kontrola publicznych mediów na sposób „rosyjski” to tylko wierzchołek góry lodowej. PiS krok po kroku wprowadza kaczynizm, a w tym ustroju nie ma mejsca na prawdę. W tym ustroju pisze się nowe podręczniki do historii zaprzeczające rzeczywistości. Pomija się istotne fakty (choćby ostatni rekordowy finał WOŚP), które nie są władzy na rękę i tworzy nowe na potrzeby swej chorej demagogii. Tworzy się chore programy w stylu 500+, aby dopieścić patologiczną i pasożytniczą klasę społeczną, która w zamian chętnie odda swój głos w następnych wyborach. Łoży się niebotyczne sumy na szemrane organizacje parszywca księdza Rydzyka, natomiast żałuje zastrzyku finansowego tam, gdzie naprawdę tego potrzeba (choćby służba zdrowia). Rozpierdziela się w proch sądownictwo. Straszy uchodźcami i wspiera swojską łobuzerkę w postaci łysych, niedouczonych dresiarskich „patriotów”. Smoleńsk i kurwa, Smoleńsk. Ile moża?

Nie sposób nie pominąć w tym wszystkim creme de la creme pisowskich zastępów z zakompleksionym Kaczyńskim na czele, zacofanym ministrem zdrowia i jego zgodą na klauzulę sumienia, równie wsteczną hipokrytką Pawłowicz, która jako stara i bezdzietna panna neguje wartość ludzi, którzy zupełnie nie po katolicku nie chcą dzieci i małżeństwa. Wreszcie, nie można zapomnieć o moim ulubionym ogarniętym paranoją Macierewiczu, u którego szaleństwo w oczach jest większe niż to oskarowe u Hopkinsa w Milczeniu Owiec. A, jest jeszcze Ziobro, niesprawiedliwy minister sprawiedliwości, który sam powinien stanąć przed Trybunałem Stanu i Kamiński, który zamiast na więziennej pryczy jakimś cudem wylądował na stanowisku ministra.

Mnie osobiście podoba się świat cyklistów, wegetarian i źródeł odnawialnej energii (lol). Nawet jeśli stoją one w sprzeczności z tradycyjnym „polskimi wartościami” (swoją drogą kto dał pisowcom monopol na „polskie wartości” i na patriotyzm?). Nie każdy Polak wiesza na ścianie krzyż i wpierdala kiełbasę. Mnie zapach kiełbasy przyprawia o mdłości, zupełnie jak smród autokracji i ciemniactwa.

lech-kaczynski_317

Nie mam podsumowania dla tego wpisu, mam tylko prośbę: proszę, w następnych wyborach głosujcie tak, aby ci pomyleńcy zniknęli.

Reklamy

Feminizm szminki i cellulitu

 

Chciałam sprawdzić co pokażą mi google kiedy wpiszę w wyszukiwarkę słowo feministka i wiecie co? Tak jak się pewnie domyślacie to, co ukazało się moim oczom było zbiorem zdjęć pań o wątpliwym powabie, w większości ze sporą otyłością oraz kretyńskich memów wyśmiewających feminizm. A więc to tak – feministka nie może być ładna.

Dziewczyna mojego znajomego nie goli się. Na swoim blogu wrzuca zdjęcia, na których pokazuje swoje tak niepasujące do współczesnych standardów piękna zdjęcia. Jest z nich zadowolona i jest ok. Pamiętam też inną blogerkę, która przestała golić nogi, ale jej brwi były zawsze idealnie wydepilowane…                                                                                          Na wielu innych feministycznych blogach spotykam się z wpisami traktującymi o tym, że wizerunek kobiecego ciała zakorzeniony w naszej kulturze nie ma nic wspólnego z tym, jakie to ciało jest naprawdę. Bo mamy włosy. Cellulit. Talie szersze niż 60 cm. Obwisłe piersi. Rozumiem to. Rozumiem to, ale…

Przecież wszyscy wiemy, jakie ciało jest naprawdę i od wieków próbujemy zrobić coś, aby lepiej się w nim czuć! To oczywiste, że człowiek wcale nie jest najpiękniejszym zwierzęciem – taka trochę łysa małpa, nic dziwnego więc, że od niepamiętnych czasów starał się trochę ten swój wizerunek podrasować. A to jakaś ładna szmatka, peruczka, szmineczka. I dotyczyło to zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Zresztą kwestia niechcianego owłosienia też przecież dotyczy obu płci – na nieogolone kobiece nogi patrzymy w ten sam sposób, co na owłosione męskie plecy! Choć więc rozumiem cały ten zamęt wokół kobiecego nieogolonego łona, wychwalania cellulitu i boczków wydaje mi się,  że większość kobiet mając do wyboru być nieatrakcyjną feministką a atrakcyjną feministką  wybrałaby to drugie. Bo taka po prostu nasza natura – ego che zawsze dobrze wyglądać i mieć rację. No właśnie, słychać dużo ostatnio o tym, jak wzbiera trzecia fala feminizmu, który nie jest już feminizmem jaki znaliśmy do tej pory. Jeśli chodzi o mnie to czasami wydaje mi się, że niektórzy próbują na siłę przyklejać łatki tam gdzie jest to niepotrzebne. Więc jak to jest – czy nosząc makijaż i szpilki sprzeniewierzamy się feminizmowi? Otóż według zwolenniczek femizizmu szminkowego to właśnie wygląd jest jednym z elementów kobiecej siły. Ta Atrakcyjność przez duże A. Wydaje mi się, że w dużej części jest to zapewne odpowiedź na stereotyp „brzydkiej feministki”. Upraszczając – czy to, że jestem atrakcyjna zewnętrznie niweluje w jakiś sposób to, że wierzę w feministyczne ideały? Jasne,że nie. Trochę mnie wnerwiają te dywagacje bo znów wszystko kręci się wokół wyglądu, jakby to było centralnym punktem kobiecego wszechświata. Czy nie można do kwestii wyglądu podejść w normalny sposób i zacząć go traktować  tylko jako tylko jedną z wielu innych cech, z jakich składa się człowiek? Czy to, że robię makijaż od razu czyni mnie zniewoloną przez męski świat, bo najwidoczniej chcę się przypodobać samcom? Czy zaprzeczeniem tego musi być nowo wymyślona formuła femizmu, bo zamiast przyznać, że Tak, chcę dobrze wyglądać, wymyśla się wymówki, że to przecież z pobudek feministycznych. Ten punkt widzenia można jeszcze zrozumieć, ale dla mnie kompletnym hardkorem jest wymysł tzw. stiletto feminism, który akceptuje w swoich ramach sugestywne podkreślanie seksualności (dla przykładu mówimy to np. o pracy striptizerki). Cóż, chyba ktoś tu zapomniał o długoletniej walce feminizmu z uprzedmiotowieniem kobiet.

Według mnie nieumalowana i nieogolona babka z lekką nadwagą jak i wylaszczona na maksa Beyonce są takimi samymi feministkami. To jak wyglądasz nie ma znaczenia -znaczenie ma to jakim jesteś człowiekiem.

Powakacyjny spleen

 

Prawie siedem tysięcy kilometrów przejechanych motorem w niecałe trzy tygodnie, dziesięć krajów i z tysiąc spróbowanych piw. Wyszukiwanie najlepszych wegetariańskich restauracji i obżeranie się świeżo zerwanymi figami. Pływanie w morzu nieopodal starego kamiennego miasteczka przy zachodzącym słońcu z jednej i wschodzącym księżycu z drugiej strony. Noc spędzona w pokoju nad starym pubem w średniowiecznym mieście, które wygląda, jak wyjęte z bajki. Niekończące wpatrywanie się w gwiazdy i wiele innych rzeczy, za którymi będę tęsknić w deszczowym Dublinie.

Te wakacje były niesamowite, tym bardziej więc powrót do rzeczywistości nie okazał się czymś łatwym. Problem ‚jak wrócić do rzeczywistości’ dotyczy większosci ludzi, których znam, stąd oto kilka moich sposobów na to jak radzić sobie z obniżonym powakacyjnym nastrojem.

Ale zanim się rozpiszę – spójrzcie tylko na Bruges – czyż nie jest to najpiękniejszy zakątek na świecie?!

water-710561_960_720
Bruge: miłość od pierwszego wejrzenia ❤

Spotykaj się z ludźmi

Kiedy za oknem coraz więcej jesieni, mam ochotę wskoczyć pod koc z jakąś grubą poweścią i nie wychylać głowy przez następne trzy miesiące. Kuszące, ale nawet tak przeobrzydły introwertyk jak ja wie, jak ważne jest obcowanie z innymi ludźmi. Szczególnie w okresie powakacyjnego spleenu. Wyskoczenie do kina, wspólny wieczorny spacer, wspólne ugotowanie kolacji, czy smakowanie nowych piw w ulubionym pubie ma udowodnione działanie terapeutyczne 😉

Planuj i zarządzaj sobą

Kiedy nie jesteś w pracy masz całe 24 godziny na to by zająć się wszystkimi rzeczami na jakie przyjdzie ci ochota. Kiedy wakacje się kończą twój zasób czasu jest również mocno ograniczony i niestety nic nie można na to poradzić, ale to właśnie sposób w jaki to ugryziesz ma ogromny wpływ na twoją efektywność. Nigdy nie byłam zwolenniczką planowania wszystkiego, ale jeżeli rysuje się przede mną stos rzeczy, którymi muszę się zająć, jest to najlepszy sposób. Ponadto planowanie zadań pozwala oszczędzić dużo czasu, które możemy wykorzystać na rzeczy, które lubimy robić najbardziej.

21731080_10155198958209514_8983506740326287792_n

Wstawaj wcześniej

Nie należę do rannych ptaszków, ale zdążyłam przekonać się, jak wiele rzeczy udaje mi się zrobić, kiedy zdołam wykraść porankowi te ekstra dwie godziny. Czasami warto wskoczyć do łóżka o normalnej porze i zamiast następnego dnia gnić do południa, zająć się czymś dla nas ważnym. Pomyśl, że jeżeli rano uda Ci się zrobić większość rzeczy zaplanowanych na dany dzień, to właściwie wieczór należy już tylko do Ciebie i tej butelki wina schowanej w lodówce!

Ruszaj się!

Żadna nowa folozofia – endorfiny, endorfiny i jeszcze raz endorfiny! Nie ma nic lepszego na obniżony nastrój niż porządnie dać sobie po dupie czy to na siłowni, czy biegając w parku – co kto lubi. Konkretny wycisk to taka lokata w życiową energię i witalność.

Przyjemnośći

Poświęć przynajmniej godzinę dziennie na to, co lubisz robić najbardziej. Jeżeli nie masz czasu – tak, jak pisałam wyżej-wstań wcześniej i najpierw zrób to, co musisz zrobić. Dla mnie dzień bez książki jest dniem straconym, ale jasne, że zdarza mi się mieć dni, kiedy książka tylko smutno patrzy na mnie z nocnej szafki. Niestety, między pełnoetatową pracą i pełnoetatowym wieloletnim związkiem, planowaniem wszystkiego w swojej właśnie powstającej firmie, regularnym treningami na siłowni oraz dopiero co zaczętą nauką jogi, próbami zostania w końcu wybitną literatką i profesjonalną rysowniczką i tym cholernym niemieckim, którego już chyba nigdy się nie nauczę (😂) czasami brakuje mi tej godziny na książkę. A szkoda, bo właśnie dorwałam Jesień średniowiecza Huizingi, jest bardzo porywająca i wszystkim polecam!

Muszę przyznać, że z powakacyjną depresją jest mi o tyle łatwiej, że najbardziej w świecie kocham jesień, a ta właśnie się zaczyna. Nie mimozami, jak pisał Tuwim, a słotą i spadkiem temperatury do 11 stopni. Ale dobre i to, w końcu to nie przedwojenna Warszawa, tylko najbardziej mżyste miasto świata 😉

 

 

 

 

Komu potrzebny ten feminizm?

   Często słyszę, że feminizm w dzisiejszych czasach nie jest już potrzebny. Że skoro kobiety mają prawo głosu to wszystko gra. Że nikt nie zmusza ich do siedzenia w domu, że mogą robić karierę, rozwijać się i na równi z mężczyznami korzystać ze wszelkich dóbr, jakie oferuje świat. W końcu, że są ważniejsze rzeczy, którymi należy się zająć i że cały ten feminizm to rozdmuchiwanie problemów, których nie ma, nakręcanie społecznego napięcia i w ogóle to weź się feministko schowaj razem ze swoim cellulitem i włosami pod pachami (to ostateczny argument tych, co wiedzą lepiej czym jest feminizm).

Tak, ten wspaniały świat, w którym nie potrzebujemy feminizmu, jest dla kobiet istnym rajem. Według raportu Światowej Organizacji Zdrowia więcej kobiet w wieku 15-44 lata umiera na świecie na skutek przemocy niż na raka, malarię czy w wypadkach drogowych.

W krajach takich jak Turcja akty przemocy to codzienność prawie wszystkich kobiet. To, że zostaniesz pobita, bo nosisz szorty, biegasz w parku, czy wracasz sama do domu to prawie pewnik. Jeśli masz trochę mniej szczęścia to zostaniesz na dokładkę zgwałcona. „Szczęście” najwyraźniej omija też kobiety w Indiach gdzie do tej pory panuje kultura patriarchalnej opresji i poza dziewiędziesięcioma trzema gwałtami dziennie dochodzi również do oblewania kobiet kwasem i podpaleń oraz do przymusowego usuwania ciąży, kiedy wiadomo, że ma sie urodzić dziewczynka. Ostatnio sporo słychać o internetowej kampanii #AintNoCinderella, w której hinduskie kobiety próbowały przeciwstawić się chorym, obyczajowym standardom. Nie jestem kopciuszkiem, nie muszę być w domu przed północą – kampania jest odzewem na słowa Bhattiego, polityka jednej z największych partii, który powiedział, że kobiety nie powinny znajdować się po północy poza domem jeśli nie chcą być zgwałcone. Typowe odwrócenie ról – to ofiara jest winna, bo szlaja się po nochach. Mnie wydaje się, że raczej należy zrobić coś z problemem gwałcicieli zamiast zamykać w domu kobiety, żeby nie kusiły swoją obecnością, ale co ja tam wiem. Słowa Bhattiego przypomniały mi inne słowa, które padły z ust tureckiego tym razem polityka, a który to stwierdził, że kobiety nie powinny publicznie głośno się śmiać, bo to nieprzyzwoite. Z jego złotych ust padło również retoryczne pytanie Gdzie są nasze dziewczęta, które lekko się rumienią, opuszczają głowy i odwracają wzrok, kiedy patrzymy im w twarz, stając się tym samym symbolem czystości? Pozwólcie, że nie skomentuję tego, bo musiałabym sięgnąć po słowa, których słownik porządnej polszczyzny nie zawiera. Oczywiście wiele Turczynek wirtualnie zaśmiało się premierowi w twarz #kahkaha. 

 

Choć co chwilę słyszymy medialne doniesienia na temat ilości gwałtów popełnianych w Indiach, problem ten nie dotyczy jedynie tamtego rejonu świata. W statystykach odotyczących aktów przemocy seksualnej niechlubny prym wiodą Grenada, Nikaragua, Kostaryka i…Szwecja. Trzeba nadmienić jednak, że szweckie prawo definiuje pojęcie gwałtu szerzej, stąd tak wysokie miejsce w statystykach. Faktem jest, że wiele kobiet doznających przemocy wciąż milczy. Problem przemocy seksualnej w Indiach jest bardziej widoczny od 2012 roku, kiedy zgwałcona kobieta pochodząca z dobrze sytuowanej rodziny przerwała tamę milczenia. Kobiety zaczęły zgłaszać się na policję coraz mniej bojąc się stygmatyzacji.

Inną kwestą jest bagatelizowanie problemu – bo przecież to tylko gwałt. W Kenii za brutalny gwałt na szesnastoletniej dziewczynce sprawcy zostali ukarani…skoszeniem trawnika. Bezkarność może ośmielać do przemocy. Oczywiście kobieta jest sama sobie winna – bo jeśli spożywała alkohol, nosiła krótką spódnicę, czy znajdowała się sama w nocy poza domem, to nie może być kobietą „porzadną” stąd zasłużyła sobie na to, co ją spotkało. Nie dopatrujcie się tutaj sarkazmu – to tok myślenia wielu sędziów, którzy uniewinniają gwałcicieli. Codziennie tysiące kobiet jest bitych, gwałconych, poniżanych. Wielu z nich odmawia się prawa do godnego życia i decydowania o własnym losie. Wiele z nich nie ma pojęcia, że można życ inaczej – żyć bez strachu.

To wszystko dzieje się i dziać się będzie dopóki panować będzie przekonanie, że kobiety nic nie znaczą. I tu na początek przyda nam się ten cholerny feminizm. 

 

_97264267_mediaitem97264266

Święte absurdy (I)

Czy religia jest potrzebna człowiekowi, czy nie to kwestia, którą można poddać dyskusji, jednak dyskusja taka w samym założeniu byłaby płonna, bo i po co przekonywać wierzącego o bezużytecznośi jego kultu lub niewierzącego do tego,że popełnia błąd. Nie chodzi mi o przekonywanie kogokolwiek, a jedynie o logiczne zestawienie kilku faktów, które pozwolą spojrzeć  na zagadnienie z innej perspektywy. Wiem, że pisząc o absurdach religii można napisać całą książkę, więc traktuję ten wpis jako jedynie zarys. Jeżeli jesteś człowiekiem głęboko wierzącym, u którego łatwo urazić tzw. „uczucia religijne”, nie czytaj tego tekstu.

Religia wiąże umysł człowieka i to wiąże go w taki sposób, że pomimo posiadanej inteligencji i wiedzy zamyka mu oczy i uniemożliwia logiczne, czyli wywodzące się z rozumu postrzeganie świata. Mniej więcej do późnego paleoitu człowiek był istotą alogiczną i nie znał mechanizmów rządzących przyrodą, stąd naturalne wydawało się dążenie do tworzenia różnego rodzaju kultów jako odpowiedzi na wszelkie pytania dotyczące tajemnic świata i przyrody. Od tego czasu minęło jednak jakieś piętnaście tysięcy lat, a ludzkie umysły wciąż zaprzątnięte są wiarą w różne ponadnaturalne niedorzeczności. Według mnie trzy najbardziej absurdalne aspekty religii to oparcie wiary i światopoglądu na tzw. świętych księgach oraz bezkrytyczna wiara w dogmaty i kreacjonizm.

Święte księgi

W I wieku na terenach Palestyny wobec istotnych napięć politycznych pojawiło się wielu przywódców i kaznodziejów, którzy skupiali wokół siebie uczniów i wyznawców. Jezus był tylko jednym z nich, ale tak się złożyło, że jego kult przetrwał aż do naszych czasów. Podobnie, jednak w odstępstwie sześciuset lat, Mohamed, twierdzący, że otrzymuje przekazy od boga, zgromadził wokół siebie wielu zwolenników. To był początek Islamu. Obie religie (jedne z największych dzisiaj) w ogromnym stopniu opierają się na świętych księgach – Biblii i Koranie. Początki Biblii, a dokładnie Starego Testamentu sięgają jeszcze XI w. p.n.e. Większość ksiąg powstała w okresie panowania perskiego, natomiast Nowy Testament został spisany już w drugiej połowie I wieku. Koran pierwotnie przekazywano ustnie (Mahomet był analfabetą), spisano go dopiero po śmierci proroka. W ciągu wieków teksty te tłumaczono, poprawiano i korygowano w takim stopniu, że prawdopodobnie dzisiejsze wersje znacznie odbiegają od tego, co moglibyśmy wyczytać w „oryginałach”. Dziś wielu ludzi wierzących traktuje je bardziej jako literacki rarytas, jednak nie można zapominać, że to właśnie te księgi stanowią trzon ich wiary. Dlaczego więc tak wielu ludzi traktuje Biblię wybiórczo? Przeciętny chrześcijanin omija to, co w dzisiaj wydaje się niedorzeczne i tłumaczy, że to kwestia interpratacji i metafor (przyznając tym samym, że ich święta księga jest pełna bzdur). W wielu krajach muzułmańskich Koran nadal jest istotnym źródłem prawa, co chyba jest jeszcze gorsze od tak częstej chrześcijańskiej hipokryzji. Bo jak można DOSŁOWNIE traktować to, co zostało wypisane setki lat temu przez ludzi, którzy nie mieli pojęcia o rzeczach, które dziś są dla nas oczywiste. „Mądrości” ze świętych ksiąg po prostu nie wpisują się w naszą rzeczywistość. Przerażające jest jak wielu muzułmanów bierze sobie do serca każde słowo wyczytane w Koranie. Jeżeli zdarzyło wam się czytać Koran to wiecie, że obok nosensów jest tam też spora dawka mizoginizmu i ksenofobii. Zresztą, tak samo jak w Bibli, której główną zaletą jest to, że jest wartościowa pod względem literackim, czego o Koranie nie można powiedzieć.

FA1099DEF

Każda religia stara ukazywać się jako jedyną właściwą, co jest przecież zrozumiałe, bo jak inaczej przekonać ludzi do kultu? Jednak kiedy przyjrzymy się każdej z nich z osobna poprzez pryzmat wiedzy, która dziś posiadamy, nie sposób uciec wrażeniu, że w dużym stopniu religie nie są niczym innym jak swoją wzajemną kopią. Cóż, kiedy powstawały nie istniało coś takiego, jak prawa autorskie. Nie chodzi już nawet o to, że w trzech wielkich religiach Zachodu osoba boga jest właściwie ta sama (umownie powiedzmy, że ta sama – to już temat na dłuższy wywód), ale o to, że możemy w nich znaleźć odpowiedniki lub „inspiracje”, które zostały zaczerpnięte ze starszych wierzeń. Większość ksiąg biblijnych ma swoje odpowiedniki w utworach starożytnego Egiptu. Można posunąć się do twierdzenia, że właściwie Biblia się na nich opiera. Dla przykładu Księga Rodzaju ma swoje korzenie w starożytnym Staela Szabaki, Księdze Piramd i Papirusie Bremner-Rhind, Papirus Ledejski to egipski odpowiednik Księgi Psalmów. Oczywiście przykłady można mnożyć. Mojżeszowe cuda (rozstąpienie mórz i zapowiedź nastania ciemności)  już wcześniej miały miejsce w wykonaniu Dżażaemancha, natomiast sam Mojżesz jest klonem króla Sargona z Akkady, który również został wyłowiony w koszyku z sitowia. Nie da się ukryć, że losy Mojżesza są mocno „zainspirowane” Czarami na dworze króla Cheopsa i Si-Usire. Losy hebrajskiego Józefa natomiast bardzo przypominają egipskiego Bata i jego historię, a pierwszym znanym mesjaszem był Nefreti, który stanął przed faraonem Snofru. Ponadto Biblia przepełniona jest cytatami z sbojet (egipskich utworów dydaktyczno-moralizatorskich).

Podobieństw wsród wierzeń można dopatrzyć się wszędzie. Trójca Święta (jeden z większych absurdów chrześciajaństwa jako religii monoistycznej!)  to nic oryginalnego, bo przecież wcześniej istniały triady kananejskie, babilońskie, asyryjskie, egipskie czy rzymskie (trójca kapitolińska) oraz Brahma, Wisznu i Siwa w hinduiźmie. Narodziny Kriszny (przez dziewicę zresztą) zapowiedziała pojawiająca się na wschodzie gwiazda – sam Kriszna za życia czynił cuda, a po śmierci zmartwychwstał. Dionizos też był czyniącym cuda synem dziewicy, na dodatek urodzonym 25 grudnia. Perski Mithra, również urodzony 25 grudnia syn dziewicy, miał dwunastu uczniów i zmartwychwstał po trzech dniach. Egipski Horus narodził się z niepokalanego poczęcia. Brzmi znajomo?

Warto zaznaczyć, że na synkretyźmie opierało się wiele religii, nie dotyczy to jedynie chrześcijaństwa. Już w świecie starożytnym asymilowano obce bóstwa i włączano je między poczet własnych. Wobec tych faktów śmieszne wydaje się to, jak wielu ludzi nadal uważa swoją religię za jedyną prawdziwąwłaściwą.

Nieomylność religii

Dogmaty religijne nie są niczym innym, jak mizerną próbą odzewu na niewygodne fakty i pytania. Bo jeżeli coś wydaje się być nielogiczne, a tym samym zdrowy rozsądek nakazywałby się temu sprzeciwiać, jak wytłumaczyć to, że niektórzy nadal upierają się przy swoim pomimo totalnego braku tej logiki? A no dogmatem właśnie! Zresztą, taki sam mechanizm dotyczy kreacjonizmu, kolejnego religijnego abbsurdu. Tak więc niech nie dziwi was, że jedyny (jeden ale w trzech osobach)  bóg urodził się jako swój własny syn z kobiety, która była dziewicą, która następnie wstąpiła do nieba. Co ciekawe, to wniebowstąpienie zostało przyjęte za dogmat dopiero w połowie XX wieku przez papieża, który według innego dogmatu jest ZAWSZE nieomylny. Tzw. prawdy wiary z prawdą mają tyle wspólnego co nic. Jeżeli przyjmiemy, że dana religia stanowi całość, z której nie wybiera się tego, co akurat pasuje, widzimy jak trudno pojmować ją w kategoriach innych niz kategorie nonsensu.

Kreacjonizm

Wiara w stworzenie świata i natury przez osobowego boga, w obliczu przeczących temu osiągnieć nauki, jest wiarą ryzykowną. Dziś nawet stosunek kościoła wydaje się zbliżać do akceptacji teorii ewolucji (typowe zagranie Kościoła Katolickiego-kiedy już nie ma szans na wypieranie niewygodnych faktów następuje próba pogodzenia z ich założeniami religijnymi). Tam, gdzie Biblia traktowana jest dosłownie (głównie kraje protestanckie i baptyści w Stanach Zjednoczonych) wiara w kreacjonizm jest silniejsza. Cóż, niektórzy najwidoczniej wolą pozostać ślepymi. Mnie zastanawia tylko dlaczego bez zastanowienia przyjmują to, co zostało napisane w jakiejś książce dwadzieścia sześć tysięcy lat temu, a jakoś nie potrafią przyjąć do świadomości faktów, które oferuje im współczesna nauka.

download
Jak wytłumaczysz zachód słońca skoro nie ma boga? Niepodważalny argument kreacjonistów 😉

Na koniec przypominają mi się słowa Whartona, który powiedział, że nie ma takiej absurdalnej rzeczy, której by człowiek nie zrobił, próbując nadać życiu jakiś sens.

Amen.

World coming down

Pozwoliłam sobie pożyczyć tytuł płyty mojego ukochanego zespołu Type 0 Negative, aby w wielkim skrócie skreślić kilka słów o tym, dlaczego uważam, że dzisiajszy świat jest popieprzony. Oto moja lista bólu, żalu i niedowierzania, a zarazem powody, dla których chyba nigdy nie będę miała odwagi wydać na ten świat dzieci:

  • Coraz bardziej widoczny podział świata na ten ważny i nieważny przejawiający się m.in tym, że o wielu zbrodniach (choćby Syria, Palestyna, Algeria, Tadżykistan ) w głównych mediach nie usłyszysz
  • Terroryzm to już nie tylko wiadomości z dalekiego świata, a coś, co w każdej chwili może się zdarzyć na naszym podwórku
  • Ponad trzydzieści toczących się aktualnie wojen i konfliktów zbrojnych
  • Bliski Wschód rozpieprzony w politycznych gierkach „wielkich” tego świata
  • Pogrążona w biedzie i niekończących się wojnach Afryka
  • Pogłębiający się ekstremizm religijny i oraz częstsze zbrodnie popełniane w imię Allaha
  • Przepaść pomiędzy bogatymi i biednymi poszerza się z dnia na dzień
  • Najbardziej wpływowymi państwami świata rządzą psychopaci (choćby Rosja)
  • Na czele najpotężniejszego państwa świata stoi burak, homofob i rasista(w jednej osobie)
  • Hipokryzja na szczeblach najwyższej władzy sięga tego poziomu, że zbrodnicza organizacja jaką jest ISIS (oby zgnili za życia) istnieje za przyzwoleniem rządzących tym światem
  • W wielu „cywilizowanych i demokratycznych” krajach wciąż można być ukaranym za obrazę uczuć religijnych (WTF!)
  • W wielu krajach Europy nieroby, ćpuny i żule żyją z socjalnych zasiłków na koszt ciężko pracujących ludzi, którzy w podatkach oddają nawet do 50% swoich dochodów
  • ‚Gwiazdy’ chujowego popu zarabiają więcej niż ludzie nauki, czy medycyny którzy pracują nad ratowaniem świata i ludzkiego życia
  • Ikoną współczesnych nastolatków jest wypełniona silikonem laska, która popularność zdobyła obciąganiem na oczach całego (internetowego) świata
  • Pokojową nagrodę Nobla dostał facet, który wszczął kilka wojen, literacką dla odmiany całkiem dobry muzyk, ale literat przeciętny
  • Dla przeciętnego młodego człowieka wyznacznikiem wartości są instagramowe lajki
  • uzdolnienii artyści muszą pracować w McDonaldach, ewentualnie malować portrety na ulicach, aby przeżyć, gdy tymczasem „artysta”, który wystawia na widok publiczny swoje rozbebeszone łóżko usłane brudną pościelą i zużytymi tamponami zgarnia za to tysiące dolarów
  • Metalowe zespoły, których głównym ‚grzechem’ jest zazwyczaj ateizm mają problemy z występami i radykalnymi katolickimi ruchami (patrz:Polska), natomiast księża pedofile za swoje zbrodnie przenoszeni są jedynie do innej parafii
  • Panteon bogów tego świata to bardzo często  marni aktorzy, nędzni grajkowie i gwiazdki robiące karierę ‚na dupie’, natomiast wartościowi twórcy nazywani są ‚alternatywą’
  • Nie wiemy nic o ludziach, którzy na co dzień czynią dobro (czy to w organizacjach charytatywnych, czy poprzez działalność na rzecz rozwoju nowoczesnych technologii i nauki) bo po prostu o nich nie słyszymy- nie jest to temat nośny medialnie
  • Idolami nastolatków są celebryci o IQ meduzy
  • Koścół Katolicki jako jedna z najbardziej zbrodniczych instytucj, która powinna być zdelegalizowana w takiej formie, w jakiej istnieje dzisiaj, nadal stoi ponad prawem
  • dyskryminacja rasowa, dyskryminacja kobiet i mniejszości seksualnych to chleb powszedni nawet w państwach rozwiniętych
  • ludzie spędzają coraz wiecej czasu w świecie wirtualnym niż realnym (smutek)
  • Wyznacznikiem statusu społecznego są pieniądze – nie osiągnięcia intelektualne, czy artystyczne
  • Wielu ludzi nie zna pojęcia ‚ekololgia’ dlatego świat coraz bardziej wygląda jak jeden wielki śmietnik
  • masowe zabijanie zwierząt i okrutny sposób, w jaki ludzie je traktują to chyba największa i najsmutniejsza zbrodnia, jakiej ludzie kiedykolwiek się dopuścili

Wybaczcie ten brak pozytywów przy takiej pięknej niedzieli (u mnie wiosna na całego), ale musiałam wyrzucić z siebie tę żółć. Moja lista jest listą otwartą wkurwów na ten świat, możecie dokładać swoje bolączki.

Pozdrawiam!

 

Przepis na szczęście?

 Każdy chce być szczęśliwy, ale jeżeli zapytalibyśmy czym jest szczęście zapewne część z nas nie potrafiłaby tego zdefiniować, znaleźliby się też ci przebąkujący o spełnieniu w życiowym tendemie „kariera-rodzina”. Ale czy naprawdę chodzi o to? Jak to jest z tym szczęściem, że wszyscy go chcemy, ale tak mało z nas ma świadomość tego, czym ono jest? Otóż nie ma jednej odpowiedzi, bo szczęście jest szyte na miarę.


Wielu z nas szuka szczęścia na zewnątrz warunkując je wszystkim tym, na co nie ma wpływu, lub na co wpływ ten jest ograniczony. Oczywiście to, co dzieje się wokół ma znaczenie dla tego, co dzieje się w środku nas, jednak jestem przekonana, że prawdziwe żródło szczęścia leży w nas samych, a wszelkie spełnienie bierze początek w naszym wnętrzu. Prawdziwą sztuką jest dnaleźć w sobie pewną miarę w odniesieniu do świata. Uzależnienie od tego co zewnętrzne zawsze prowadzi do frustracji. Jeżeli w naszej głowie powstaje założenie, że „będę szczęśliwy kiedy………”(zmienię pracę, dostanę podwyżkę, kupię dom, urodzę dziecko, znajdę partnera itd.) to zwykła abstrakcja -słowo KIEDY przeradza się w realne ograniczenie. Bo co jeśli nie zmienimy pracy, czy nie kupimy pieknej willi, tak jak sobie to założyliśmy? Oznacza to, że już nigdy nie będziemy szczęśliwi? Dzisiejszy świat myli szczęście z innymi rzeczami, takimi jak chociażby przyjemność czy sukces, które są jedynie zewnętrznymi formami. Tymczasem szczęście jest stanem wewnętrznym dlatego i jego źródła należy szukać wewnątrz nas samych.

To, że zewnętrzne formy sukcesu, takie jak pieniądze, sława i wysoka pozycja społeczna nie są równoważne ze szczęściem wiemy nie od dziś, a jednak wciąż tak wielu z nas goni za nimi myśląc, że przyniosą mu coś, czym można zatkać tę wewnętrzną pustkę. Spójrzmy jak wielu ludzi, którzy w oczach świata osiągnęli wszystko, co jest wyznacznikiem sukcesu, jest nadal nieszczęśliwych. Jak wiele samobójstw zdarza się wśród tych, którzy opływają w sławę i dostatek. Jak wielu ludzi sukcesu nadal ma w sobię tę czarną dziurę, której nie potrafi zapełnić ani sława, ani pieniądze.

Jakiś czas temu Tadeusz Gadacz w wywiadzie dla Charakterów powiedział coś bardzo ważnego:

Wydaje mi się, że szczęście przestało być tym, o czym rozmawiamy, bo cały czas wmawia się nam, że mamy być ludźmi sukcesu. Począwszy od przedszkola:dzieci słyszą, że jak teraz się nie nauczą angielskiego czy chińskiego, to nie będą ludźmi sukcesu, potem studenci- że jak nie pójdą na kierunki, które dają dobrą pracę, to niebędą ludźmi sukcesu, młodym doktorantom powtarza się, że jak nie będą zbierać punktów, to przegrają konkurs na stanowisko adiunkta itd. Natomiast ja szczęście rozumiem jako swego rodzaju spełnienie własnego życia, kiedy człowiek może powiedzieć, że się zrealizował i życia nie zmarnował.(…) Jeśli sami w sobie nie znajdziemy miary w stosunku do świata, pewnego dystansu, to nic nie będzie nas w stanie uszczęśliwić.


f8b6369b5e9374695efd5ddf940e729c

Zajęło mi sporo czasu zrozumienie, że szczęście to nie to samo co sukces, czy uznanie w oczach świata.To też nie to samo, co ciągłe odczuwanie przyjemnosci. Przez lata próbowałam zrekompensować sobie wewnętrzny brak czegoś poprzez hedonistyczną gonitwę za różnymi uciechami, ale uwierzcie mi, że slogan sex,drugs and rock’n roll brzmi fajnie tylko jak ma się szesnaście lat. Z drugiej strony,tej mniej hedonistycznej, czułam wewnętrzny przymus aby, np. skończyc studia, bo nie mogłam nawet myśleć o ‚szczęśliwym życiu’ nie mając tytułu magistra przed nazwiskiem. Wydawało mi się, że bez tego byłabym niepełna. Kiedy tytuł się pojawił poczułam, że to nie to, bo przecież jeszcze lepiej byłoby zrobić doktorat. Przez długi czas odczuwałam ogromny dyskomfort, bo praca w jakiej utkwiłam nie była na tyle prestiżowa abym mogła czuć choćby wewnętrzne zadowolenie. To wszystko było uzależnieniem poczucia szczęśliwosci od czynników zewnętrznych. Niestety takie podejście zawsze prowadzi do odczuwania ciągłego nienasycenia – bo kiedy nie jesteśmy zadowoleni z tego, co już  mamy prześladuje nas świadomość tego,że było coś lepszego do osiągnięcia- gdzieś tam jest lepiej płatna praca, bardziej prestiżowe uczelnie i tytuły, większe domy i szybsze samochody. Odkąd zmieniłam swoje myślenie często łapię się na tym, że czuję to szczęście bardzo intensywnie. Czasami w najzwyklejszych momentach codziennego dnia po prostu przepełnia mnie taka wewnętrzna radość i nie jest to związane z niczym konkretnym, raczej z oczywistymi rzeczami: czasami prostymi jak to, że spędzam wieczór przy świetnej książce lub gotuję coś pysznego, a czasami z fundamentalnymi, jak to, że mam wspaniały związek czy pracę, którą lubię. Nie mam milionów na koncie i nie zrobiłam jeszcze spektakularnej kariery, a mimo to czuję, że jestem w miejscu, w którym powinnam być, a w przyszłości na pewno będę w miejscu jeszcze lepszym, bo cały czas do tego dążę, choć nie utożsamiam tego z osiągnięciem stanu szczęśliwości. Przy tym poczucie szczęścia pojawia się najczęściej kiedy zdaję sobie sprawę, że jestem tu po to, żeby odwalić swoją robotę i dążenie do wykonania tego nadaje sens wszystkiemu. Myślę, że każdy z nas ma na tym świecie coś do zrobienia i ta osobista misja może być zaczątkiem prawdziwego szczęścia. Jeżeli odnajdziemy w sobie to, co w nas „gra”  i będziemy wsłuchiwać się w tę wewnętrzną melodię, to jest to dobra droga do uzyskania stanu, który wymyka się wszelkim definicjom, a który nazywamy szczęściem. Sęk w tym, aby nie próbować tworzyć sztucznych określeń na to, czym ono jest w istocie i nie uciekać w porównywania. To, co gra w każdym człowieku jest zawsze inne i zawsze tak samo ważne. Każdy nosi w sobie inną melodię. Nie ma tu znaczenia, czy twoją melodią jest to, że tworzysz sztukę, muzykę, literaturę, czy zajmujesz się nauką, czy pieczesz ciasta lub zajmujesz się rodziną- to wszystko jest tak samo istotne i potrzebne. Po prostu każdy ma inną drogę.