Wieczorne dywagacje #2

O WSZYSTKIM I O NICZYM

Coraz częściej zauważam, że gubię czas. Im jestem starsza, tym gubię go więcej. Ostatni  weekend trwał pięć minut – tak przynajmniej to czułam. Został we mnie jakiś żal, że nie zrobiłam wszystkiego, co chciałam zrobić. Albo wymagam od siebie za dużo, albo nie potrafię tego czasu organizować. Nie udało się zrobić wielu z zaplanowanych rzeczy, jednak pogoda pozwoliła wsiąść na motor i pojechać w góry. Ukryty stary cmentarz wynagrodził wszystko na co zabrakło czasu.

Dotarło do mnie, że pracuję za dużo,  ale nie posunę się do narzekania na system, na to, że zmuszeni jesteśmy poświęcać większość naszego życia na szkołę, studia, wreszcie pracę, aby móc utrzymać siebie i swoje rodziny. Wiem, że można inaczej, ale z drugiej strony ilu ludziom tak naprawdę udaje się żyć ze swojej pasji? Gdyby mi płacono mi za czytanie książek byłabym najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem, ale to się nigdy nie stanie. Zamiast użalania się postanawiam wstawać wcześniej, aby robić więcej rzeczy, które uwielbiam robić i mam nadzieję, że za jakiś czas pozwolą mi one całkiem zrezygnować z etetowej pracy.  🤞 🤞 🤞 

Bo wszystko jest możliwe.

 

 


Zgubiony czas to również czas zmarnowany – na czekanie, na ludzi, którzy nic nie wnoszą w nasze życie, robienie rzeczy, które nie mają znaczenia i nie przynoszą żadnej satysfakcji. Życie jest zbyt krótkie na złe filmy, tandetne książki i niedobre piwo. Wczoraj obejrzałam film, który był ‚mistrzostwem’ w politycznej poprawności. Otóż w całym filmie nie pojawił się żaden biały mężczyzna ( wiadomo, że biali dojrzali mężczyźni to najgorsze zło tego świata), film rozpoczął się od kadru ukazującego muzułmankę i żydówkę siedzące w jednej szkolej ławce, główna bohaterka miała arabskiego męża i czarnoskórego kochanka, a ekspedycja złożona była jedynie z pięciu kobiet naukowczyń. Jako feministka poczułam niesmak, że to wszystko trochę takie naciągane i ‚na chama’. W taki sposób nie rozwiązuje się problemów kobiet. Problemów kobiet nie rozwiążą siłowo wciskane parytety, bo są czymś innym niż brakiem równości liczebnej w poszczególnych zawodach, czy sektorach. One biorą się z silnie zakorzenionego w społeczeństwie przekonania, że kobieta jest jedyniem dopełnieniem mężczyzny. Rzeczywiste problemy kobiet to brak dostępu do antykoncepcji, badań prenatalnych, to zaostrzanie prawa antyaborcyjnego,to rozpacz pendżabskich kobiet, które gwałci się „honorowo”, to okrutne okaleczanie kobiet, którym ze względów kulturowych wycina się łechtaczkę. To zaślubianie nieletnich dziewczynek przez zwyrodniałych pedofilów usankcjonowane jeszcze bardziej zwyrodniałą religią. Problemy te widać w spalonych kwasem twarzach tych, które zostały ukarane za nieposłuszeństwo oraz tam gdzie makijaż nie zdołał przykryć sińców pod podbitymi oczami.  Suma summarum problemy kobiet nie sprowadzają się do tego, że mniej z nich robi kariery naukowe, realne i najbardziej niepokojące problemy naszej płci wciąż niestety wiążą się z przemocą. Bądźmy wdzięczne losowi, że urodziłyśmy się w Europie i możemy narzekać na to, że jakiś uliczny robotnik rzucił wątpliwy komplement pod naszym adresem – absolutnie nie bronię tego, chcę tylko pokazać, jak wielka przepaść dzieli nas od kobiet, które na codzień borykają się ze znacznie poważniejszymi udrękami.


Kolejny weekend przede mną i obiecuję sobie, że nie zmarnuję ani jednej sekundy. W planach same cudowności i trochę mozolnej pracy nad osobistymi projektami. Jeżeli macie rady, jak organizować sobie czas bardzo chciałabym je poznać.

Udanego weekendu!

Reklamy

Wieczorne dywagacje #1

To pierwszy wpis w nowej kategorii na blogu, w której po prostu będę wyrzucać z siebie myśli (bo z pustą głową lepiej się zasypia)

O WSZYSTKIM I O NICZYM 

Zasypało nas, zmroziło, odcięło od świata. Przyznam, że ten niespodziewany czterodniowy weekend spadł mi jak manna z nieba. Wreszcie mam czas, aby trochę ponadrabiać, zabrać się za tego Pilcha, co patrzy na mnie z okładki z wyrzutem, że go nie czytam, obejrzeć kilka odcinków ulubionych dokumentów na youtube, może poćwiczyć rysowanie, a może pooglądać wieczorami jakieś przedwojenne filmy przy lampce wina. Zachłysnęłam się tym dodatkowym wolnym czasem. Za oknem biało, niecodzienny to widok, bo z mojego dublińskiego mieszkania zazwyczaj mogę zobaczyć co najwyżej pluchę. Cisza i spokój, bo wstrzymano publiczny transport. Palą się świece, wiatr uderza w okna i tak mi z tym dobrze, że nie muszę nigdzie wychodzić. Jeżeli jest coś, co nie daje mi spokoju, to świadomość, że nigdy nie dowiem się najważniejszych rzeczy dotyczących tego wszystkiego, co mnie otacza. Tak, wiem, że to nic odkrywczego, bo wielu ludziom sen z powiek spędzała ciekawość dotycząca tego, o co w tym wszystkim naprawdę chodzi. Wielu ludzi, znacznie mądrzejszych ode mnie, próbowało pojąć istotę wszechświata i człowieka  i tak naprawdę jak mało wiedzieliśmy, tak nadal mało wiemy. No, może odrobinę więcej niż kiedyś. Czy to nie fascynujące, że pomimo posiadania takiej świadomości jak nasza, nadal jesteśmy jedynie kosmicznym pyłem? I próbuję pomagać sobie w tej zgryzocie, ale ani Dawkins, ani Hawkins, ani nawet śmieszny pan ze Starożytnych Kosmitów nie pomagają na moje rozsterki. Moja niewiedza jak była ogromna, tak jest ogromna, a moje zmieszanie jest jeszcze większe. Skoro nawet największe umysły tego świata przyznają, że wiedzą niewiele, cóż dopiero ja.


Czy zostaliśmy stworzeni przez boga, czy jesteśmy efektem genetycznej inżynierii obcych cywilizacji, czy po prostu szczęśliwym trafem powstaliśmy z połączenia odpowiednich pierwiastków? Tak zastanawiałam się ostatnio robiąc grzybowe pulpety, która z tych opcji jest najbardziej prawdopodobna i jeżeli jest to opcja pierwsza, niewdzięczny to bóg, który stworzył piękną Irlandię bez lasów obradzających w grzyby, dlatego też moje pulpety zamiast smaku wykwintnych maślaków  lub aromatycznych kurek smakują sklepowymi pieczarkami.


Skupiam się więc na rzeczach małych, tych które w moim osobistym wszechświecie są mi znajome i oczywiste. Kieruję świadomość wgłąb siebie, tam gdzie leży odpowiedź na pytania, które mogę zadać tylko sobie. Trochę wiem i trochę nie wiem dlaczego tu jestem, ale to nie szkodzi. Zrozumiałam, że najważniejsze jest po prostu iść, robić swoje, poszerzać to swóje prywatne uniwersum. Może kiedyś znajdziemy się na etapie podobnym do oświecenia, może nie. Ale im więcej w życiu tworzymy, im więcej odkrywamy, tym bliżej znajdujemy się tego, co jest najważniejsze. A to dla każdego może być czymś zupełnie innym.


Zaskakujące w jaki sposób działa inspiracja. Zauważyłam to już dawno, jedno słowo, gest, obraz może wywołać lawinę skojarzeń, które poprowadzą do stworzenia całkem nowej jakości. Jestem obsesjonistką wszystkiego, co stare, są okresy w historii, na które reaguję emocjami ocierającymi się o fetyszyzm. Do takich należą między innymi czasy sprzed II wojny. Nałogowo oglądam stare filmy i znam chyba wszystkie piosenki Eugeniusza Bodo. Ale nie o żadne melodie chodzi w tej mojej fascynacji, a raczej o jakąś nieuchwytną tajemnicę, która tkwi w tych nieco posępnych czarno-białych fotografiach, ciemno ocienonych makijażem oczach spoglądających spod smutno uniesionych brwi. Zawsze patrząc na takie zdjęcia układam w głowie historie na temat tych obcych mi ludzi z innej epoki, innego świata. W zasadzie te historie same się układają, spływają jakimś strumieniem świadomości. Jakby głosy tych co minęli szeptali mi do ucha. Dziś zaczęłam pisać historię, która spłynęła na mnie poprzez tę fotografię. (Młodziutka Jadzia Smosarska gdyby ktoś się zastanawiał). Nie zdradzę jednak zarysu, może kiedyś będzie można ją gdzieś przeczytać.

Jadwiga_Smosarska_01

Przede mną dziś jeszcze tylko wino i jakiś dobry film. Pilch, zaliczony do sześćdziesiątej strony, już się nie gniewa, sam odpoczywa na nocnej szafce. Pewnie w nocy przyśni mi się Smosarska.

Życie jest piękne.Dobranoc.

Jak zaprzepaścić swoje życie -10 skutecznych rad

Myśleliście kiedyś o tym jak wszyscy uwielbiają dobrze radzić? Jako nastolatka wiecznie słyszałam niezliczone wskazówki, sugestie, porady i myślałam, że to się musi skończyć, że kiedy będę dorosła nikt nie będzie pouczał mnie, co powinnam robić, aby dobrze żyć. O, ironio! W pewnym momencie sama stałam się osobą, która „wie lepiej”, na szczęście dość szybko zostało mi to wytknięte. Niemniej uważam, że rady nie są szkodliwe, oby tylko nie były narzędziem do uszczęśliwiania innych na siłę. Nie chcę więc byc „Ciocią Dobra Rada” i radzić na siłę już nikomu nie będę. Stąd moje antyrady, do których czytania absolutnie nikogo nie zmuszam 😉


I. Nie podejmuj decyzji

Jeżeli boisz się podejmowania jakichkolwiek decyzji, zostaw to losowi, ślepemu trafowi, fatum, fortunie czy innemu przeznaczeniu. Nie podejmuj inicjawtywy, nie przejmuj kontroli. Czekaj na to, co się wydarzy, bo coś wydarzy się na pewno. Może akurat ci się poszczęści i bez ruszania tyłka z fotela uda ci się otrzymać świetną ofertę pracy, wygrać w lotka, a może nawet poznać wielką miłość swojego życia.

II. Nie trać czasu na marzenia

Musisz stąpać po twardym gruncie i nie możesz zawracać sobie głowy czymś takim jak  wizja upragnionego życia. Marzenia to mżonki dobre dla rozsadzanych hormonami szesnastolatków, którzy jeszcze są w stanie wierzyć, że te się spełniają.

III. Pozwalaj innym, aby decydowali za ciebie.

Bo to przecież oczywiste, że pomysł mamy, abyś studiował medycynę jest znacznie lepszy niż twoje rojenia o byciu alpinistą. Poza tym wszyscy, którzy są starsi na pewno wiedzą więcej i należy stosować się do ich rad (nawet jeśli największym osiągnięciem ich życia jest utrzymanie się na posadzie kierownika supermarketu przez całe dwadzieścia lat).

IV. Nic nie zmieniaj.

Zmiany sa dobre dla bohaterów wieczornych seriali. Ty lepiej trzymaj się tego co masz, bo po co kombinować. Wprawdzie posada sprzedawcy ubezpieczeń to nie to samo, co własna wymarzona restauracja, ale nie jest tak źle, a poza tym do wszystkiego można się przyzwyczaić. Jak to się mówiło? „Jest chujowo, ale stabilnie”.

V. Porównuj się!

Porównuj się do innych ludzi, a szczególnie do tych, którzy mogą wydawać się piękniejsi, sprytniejsi, bardziej zaradni i inteligentni, bogatsi, lepiej wykształceni, bardziej utalentowani,oczytani, zgrabniejsi, lepiej zorganizowani, mający lepszą pracę, ładniejszy dom, normalniejszą rodzinę, lepszy styl ubierania się i do tego są bardziej fotogeniczni. Gwarantuję, że to wyśmiety sposób, aby wpędzić się w psychiczny stan, w jakim bardzo łatwo zmarnować swoje życie.

VI. Dostosuj się do każdej społecznej normy, jaką znasz.

Musisz, podkreślam – MUSISZ mieć stałą pracę, małżeństwo, dom i dzieci. Innej opcji nie ma. Jeżeli jesteś po trzydziestce i myślisz o rozpoczęciu studiów, na które nie miałeś ochoty lub pieniędzy kiedy byłeś młodszy, zapomnij. Jesteś na to za stary. Studenci mieszczą się w przedziale wiekowym, który kończy się nie później niż 25 lat. Tak POWINNO być i basta. W twoim wieku najlepiej jakbyś miał ciepłą posadkę, współmałżonka, kredyt i gromadkę dzieci. Z kolei jeżeli decydujesz się na to będąc nieco starszym, jesteś nieodpowiedzialnym egoistą i lekkoduchem, no bo jak to, żeby dzieci miały starych rodziców! A jeżeli nie decydujesz się na to w ogóle, to znaczy, że jesteś nienormalny i niedpoasowany społecznie, no bo jak można nie chcieć mieć dzieci?  Stosuj się więc do tej prostej rady i rób wszystko według społecznie akceptowanego porządku chronologicznego.

VII. Bądź przeciętny.

Nie ryzykuj i trzymaj się tego co masz. Wprawdzie zawrotna kariera sportowa lub dobrze prosperujący własny biznes, czy wymarzona praca kryminologa brzmią lepiej niż nudny, ale pewny etat w jakiejś firmie, który dostałeś, bo wujek Marian handlował za komuny z prezesem tureckimi swetrami. Tu przynajmniej masz pewność, że przez kolejnych 40 lat aż do emerytury nic złego się nie stanie, jeżeli nie będziesz się spóźniał i będziesz na czas wysyłał raporty o rozwoju działu pierdzenia w stołki. No i do tego tu nie musisz się starać.

VIII. NIe wysilaj się i nie dawaj od siebie nic.

Dobrze byłoby zajmować się czymć „fajnym”, ale do tego trzeba się wysilić, więc daj spokój i zostaw to tym, którzy lubia sie męczyć, a sam odwal swoje 8 godzin w pracy i wróć na kanapę przed telewizor. Bydlęce zadowolenie to też rodzaj szczęścia. Nie organizuj czasu, nie doskonal się, nie interesuj się niczym, nie miej pasji i nie uprawiaj sportu. Tak jest łatwiej i przyjemniej.

IX. Otaczaj się nieodpowiednimi ludźmi.

Nie zrywaj toksycznego związku, bo to przecież taka szkoda kończyć coś po tylu latach, warto z soba zostać choćby dla dzieci lub z przyzwyczajenia, albo ze strachu, że kolejny związek może być jeszcze gorszy. To samo tyczy się wszystkich bliższych i dalszych znajomych, którzy żerują na twojej naiwności lub braku asertywności. Lepiej już mieć tych kilku, którzy wprawdzie nie rozumieją twoich potrzeb, nie okazują wparcia, a czasami wręcz sabotują twoje poczynania, niż być jakimś samotnym przegrywem.

X. Nie doceniaj tego, co masz.

Dołuj się, że nie masz figury Tyry Banks, inteligencji Gretkowskiej i zaradności Elona Muska. Biadol na niską pensję, zbyt rótkie wakacje, ciasne mieszkanie i korki na ulicach miast – przecież nie będziesz doceniał tego,że masz pracę, wyjeżdzasz na urlopy, masz gdzie mieszkać i stać cię na własny środek transportu. Zamęczaj się myślami, dlaczego nie urodziłeś się piękniejszy i bogatszy, w innym kraju i epoce. W innych okolicznościach na pewno wszystko byłoby lepsze, a tak musisz użerać się ze swoim życiem, którego czasami szczerze niecierpisz. Podsycaj w sobie tę niechęć, do czasu, aż zgorzknienie  na stałe wyryje się na twojej niezadowolonej twarzy. Bonus – staraj się topić ten żal i złość w różnych nałogach.

Tak oto wygląda dziesięć pomysłów na zmarnowanie sobie życia.

Co moglibyście dodać do tej listy?

Wszystkie małe rzeczy

Koniec roku to zazwyczaj okres, w którym na każdym blogu i każdej stronie roi się od podsumowań. Lekką ręką rozliczamy się z życia, ale czy naprawdę chodzi o to, aby wszystko sprowadzać do statystyk? Nie zawsze, dlatego tutaj nie będzie żadnego bilansu.

Napiszę tylko, że to był dobry, nawet bardzo dobry rok. A co się na to złożyło? Kilka większych zmian, kilka mnejszych, ale przede wszystkim niezliczona ilość chwil i tych wyjątkowych mikromomentów, które sprawiły, że spoglądając wstecz potrafię uśmiechnąć się i powedzieć sobie: To był dobry czas. Bo szczęście to te wszystkie małe rzeczy, które składają się na naszą rzeczywistość. 


Coraz częściej wydaje mi się, że ludzie nie potrafią czuć się dobrze, dlatego, że uzależniają swoje poczucie szczęścia od czynników zewnętrznych. Dominuje postawa „Będę szczęśliwy/zadowolony” kiedy…(i tu wstawiamy cokolwiek: zmienie pracę, będę miał więcej pieniędzy, dziewczynę, karierę, męża, dzieci…i tak w kółko). Tak, te wszystkie rzeczy są ważne, ale posiadanie ich lub nie, nie determinuje tego, czy jesteśmy szczęśliwi. Dlatego tak częstą spotykasz ludzi, którzy na zawołanie potrafią wyliczyć co jest nie tak  – a to praca jest do dupy, rachunki za wysokie, chłopak nudny, a szef to straszny idiota. Coż, my sami kształtujemy naszą rzeczywistość i najczęściej jest ona odbiciem naszym myśli. Dlaczego więc nie postarać się o to aby:

Doceniać to, co się ma i być wdzięcznym nawet za każdą najmniejszą rzecz.

Trochę czasu to zajęło, ale nauczyłam się doceniać wszystko co mam i wszystko, co mi się przytrafia. Czasami dziką radość sprawiają mi rzeczy zupełnie przyziemne. Pamiętacie Hey i Wczesną Jesień, gdzie Kaśka śpiewała, że „o uśmiech dookoła głów przyprawiał nas ciepły koc” (posłuchaj tutaj)

Otóż to! Bo naprawdę wystarczy tak niewiele. Kiedy po ciężkim dniu zakopujesz się pod kołdrą z butelką wina, ulubionym filmem oraz kimś kogo kochasz ❤  i potrafisz szczerzyć się z zadowolenia to znaczy, że umiesz grać w szczęście!

Jeżeli wydaje ci się, że masz niewiele pomyśl, że to i tak więcej niż ma większość ludzi na świecie! Myślę, że naprawdę mało mają ci, którym brak celów, marzeń i pasji. To jest podstawa, na której buduje się spełnione życie. Kiedy wracasz do domu z pracy, której nie lubisz, a tam nie czeka na ciebie nic ekscytującego, to tylko kwestia czasu, kiedy zeżre cię pustka.

people-2561578_960_720 copy

Mieć wizję, za którą będzie się podążać

To brak marzeń i wizji na własne życie powoduje zgorzknienie. Bo jak mamy dążyć do tego, co daje nam szczęście, skoro nawet nie wiemy, czego chcemy?

Jak wielu znasz ludzi, którzy psioczą nad wszystkim,odwalają swoje osiem godzin w znienawidzonej pracy po czym wracają do domu, odpalają telewizory i mikrofalówki, i nie robią zupełnie nic, aby zmienić to, co im się nie podoba? Nie każdy może mieć pracę marzeń, ale to, co robisz w wolnym czasie zależy wyłącznie od ciebie. 

Jeżeli znajdziesz coś, dla czego warto codziennie podnieść tyłek z kanapy to już jesteś na dobrej drodze.

Być w obecnym momencie

Zbyt wiele czasu poświęcamy rozpamiętywaniu przeszłości i czekaniu na to, co ma się wydarzyć, gdy tak naprawdę to,co się liczy to moment, w którym jesteśmy obecnie. Jeżeli zadbamy o to, jak jest TERAZ, nie będziemy musieli przejmować się przyszłością. A przeszłość? Cóż, ona już nie wróci – czy była dobra, czy zła, już nic nie będzie takie jak kiedyś i nic na to nie poradzimy. Jedyne, na co mamy wpływ, to chwile obecne, które kiedyś staną się naszą przeszłością i tylko od nas zależy, jak będziemy ją wspominać. Bycie tu i teraz to świadome kreowanie swojego życia.

Życzę Wam, aby Wasze kreacje nie tylko w nowym roku ale  już zawsze były pełne piękna, marzeń, miłości i wzruszeń !

 

 

 

Pisokracja i kiełbasa

Jestem zwykłym człowiekiem, więc polityka mnie brzydzi. Był czas, kiedy brzydziła nieco mniej, wtedy nawet napisałam pracę magisterską poświęconą Palikotowi (tak, oczywiście, że teraz trochę się wstydzę). Poza tym epizodycznym zauroczeniem świńskim ryjem i sztucznym kutasem, zawsze zbierało mi się na większe lub mniejsze wymioty przy jakiejkolwiek styczności z sejmowymi gadającymi głowami. Ot, taka zwyczajna ludzka reakcja na usankcjonowane kurewstwo. Myślę, że większość z nas ma tak samo i większości z nas po prostu chce się rzygać na widok poniektórych facjat z lewej jak i prawej strony politycznej sceny. Ale stanu, do jakiego doprowadza mnie to, co dzieje się w Polsce obecnie, nie da się zobrazować żadnymi wymiotnymi metaforami. To już nie jest taki zwykły obywatelski wkurw. Przyznaję, że jestem po protu przerażona.


Populistyczna partia zacofanych dewotów jaką jest PiS na naszych oczach gwałci to, w co od niecałych trzydziestu lat staramy się wierzyć jako w demokrację. Pomimo tego, że demokracja ta jest jeszcze raczkująca i niedoskonała to i tak jest to właściwie najlepszy ustrój, jaki mieliśmy. Jeżeli weźmiemy pod uwagę cały syf, jaki miał miejsce po odzyskaniu przez Polskę niepodległości prawie sto lat temu, możemy śmiało powiedzieć, że od lat 90. XX wieku naprawdę było OK (Nie mówię, że rewelacyjnie-po prostu OK). Niestety to, co dla wielu współczesnych ludzi jest oczywistym wyznacznikiem sprawnie działającego państwa, czyli idee wolności, równości, niezawisłości czy świeckości, ma się nijak do „wartości” wyznawanych przez tych, którzy obecnie dzierżą władzę. Jest mi jednocześnie wstyd, jestem wściekła i boję się o to, jak w przysłości będzie wyglądał nasz kraj.


Blokowanie mównicy sejmowej (wolność słowa vs. PiS 0:1) i zamieszanie jakie przez to powstało podczas głosowania nad budżetem, kariery na kształt tej Nikodema Dyzmy (nie tylko Misiewicz!), pokątne zmiany prawie 90% dowódców Sztabu Generalnego polskiej armii, powołanie nowego ministra środowiska, który lubuje się w wycinaniu lasów i zabijaniu zwierząt, całkowita kontrola publicznych mediów na sposób „rosyjski” to tylko wierzchołek góry lodowej. PiS krok po kroku wprowadza kaczynizm, a w tym ustroju nie ma mejsca na prawdę. W tym ustroju pisze się nowe podręczniki do historii zaprzeczające rzeczywistości. Pomija się istotne fakty (choćby ostatni rekordowy finał WOŚP), które nie są władzy na rękę i tworzy nowe na potrzeby swej chorej demagogii. Tworzy się chore programy w stylu 500+, aby dopieścić patologiczną i pasożytniczą klasę społeczną, która w zamian chętnie odda swój głos w następnych wyborach. Łoży się niebotyczne sumy na szemrane organizacje parszywca księdza Rydzyka, natomiast żałuje zastrzyku finansowego tam, gdzie naprawdę tego potrzeba (choćby służba zdrowia). Rozpierdziela się w proch sądownictwo. Straszy uchodźcami i wspiera swojską łobuzerkę w postaci łysych, niedouczonych dresiarskich „patriotów”. Smoleńsk i kurwa, Smoleńsk. Ile moża?

Nie sposób nie pominąć w tym wszystkim creme de la creme pisowskich zastępów z zakompleksionym Kaczyńskim na czele, zacofanym ministrem zdrowia i jego zgodą na klauzulę sumienia, równie wsteczną hipokrytką Pawłowicz, która jako stara i bezdzietna panna neguje wartość ludzi, którzy zupełnie nie po katolicku nie chcą dzieci i małżeństwa. Wreszcie, nie można zapomnieć o moim ulubionym ogarniętym paranoją Macierewiczu, u którego szaleństwo w oczach jest większe niż to oskarowe u Hopkinsa w Milczeniu Owiec. A, jest jeszcze Ziobro, niesprawiedliwy minister sprawiedliwości, który sam powinien stanąć przed Trybunałem Stanu i Kamiński, który zamiast na więziennej pryczy jakimś cudem wylądował na stanowisku ministra.

Mnie osobiście podoba się świat cyklistów, wegetarian i źródeł odnawialnej energii (lol). Nawet jeśli stoją one w sprzeczności z tradycyjnym „polskimi wartościami” (swoją drogą kto dał pisowcom monopol na „polskie wartości” i na patriotyzm?). Nie każdy Polak wiesza na ścianie krzyż i wpierdala kiełbasę. Mnie zapach kiełbasy przyprawia o mdłości, zupełnie jak smród autokracji i ciemniactwa.

lech-kaczynski_317

Nie mam podsumowania dla tego wpisu, mam tylko prośbę: proszę, w następnych wyborach głosujcie tak, aby ci pomyleńcy zniknęli.

Feminizm szminki i cellulitu

 

Chciałam sprawdzić co pokażą mi google kiedy wpiszę w wyszukiwarkę słowo feministka i wiecie co? Tak jak się pewnie domyślacie to, co ukazało się moim oczom było zbiorem zdjęć pań o wątpliwym powabie, w większości ze sporą otyłością oraz kretyńskich memów wyśmiewających feminizm. A więc to tak – feministka nie może być ładna.

Dziewczyna mojego znajomego nie goli się. Na swoim blogu wrzuca zdjęcia, na których pokazuje swoje tak niepasujące do współczesnych standardów piękna zdjęcia. Jest z nich zadowolona i jest ok. Pamiętam też inną blogerkę, która przestała golić nogi, ale jej brwi były zawsze idealnie wydepilowane…                                                                                          Na wielu innych feministycznych blogach spotykam się z wpisami traktującymi o tym, że wizerunek kobiecego ciała zakorzeniony w naszej kulturze nie ma nic wspólnego z tym, jakie to ciało jest naprawdę. Bo mamy włosy. Cellulit. Talie szersze niż 60 cm. Obwisłe piersi. Rozumiem to. Rozumiem to, ale…

Przecież wszyscy wiemy, jakie ciało jest naprawdę i od wieków próbujemy zrobić coś, aby lepiej się w nim czuć! To oczywiste, że człowiek wcale nie jest najpiękniejszym zwierzęciem – taka trochę łysa małpa, nic dziwnego więc, że od niepamiętnych czasów starał się trochę ten swój wizerunek podrasować. A to jakaś ładna szmatka, peruczka, szmineczka. I dotyczyło to zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Zresztą kwestia niechcianego owłosienia też przecież dotyczy obu płci – na nieogolone kobiece nogi patrzymy w ten sam sposób, co na owłosione męskie plecy! Choć więc rozumiem cały ten zamęt wokół kobiecego nieogolonego łona, wychwalania cellulitu i boczków wydaje mi się,  że większość kobiet mając do wyboru być nieatrakcyjną feministką a atrakcyjną feministką  wybrałaby to drugie. Bo taka po prostu nasza natura – ego che zawsze dobrze wyglądać i mieć rację. No właśnie, słychać dużo ostatnio o tym, jak wzbiera trzecia fala feminizmu, który nie jest już feminizmem jaki znaliśmy do tej pory. Jeśli chodzi o mnie to czasami wydaje mi się, że niektórzy próbują na siłę przyklejać łatki tam gdzie jest to niepotrzebne. Więc jak to jest – czy nosząc makijaż i szpilki sprzeniewierzamy się feminizmowi? Otóż według zwolenniczek femizizmu szminkowego to właśnie wygląd jest jednym z elementów kobiecej siły. Ta Atrakcyjność przez duże A. Wydaje mi się, że w dużej części jest to zapewne odpowiedź na stereotyp „brzydkiej feministki”. Upraszczając – czy to, że jestem atrakcyjna zewnętrznie niweluje w jakiś sposób to, że wierzę w feministyczne ideały? Jasne,że nie. Trochę mnie wnerwiają te dywagacje bo znów wszystko kręci się wokół wyglądu, jakby to było centralnym punktem kobiecego wszechświata. Czy nie można do kwestii wyglądu podejść w normalny sposób i zacząć go traktować  tylko jako tylko jedną z wielu innych cech, z jakich składa się człowiek? Czy to, że robię makijaż od razu czyni mnie zniewoloną przez męski świat, bo najwidoczniej chcę się przypodobać samcom? Czy zaprzeczeniem tego musi być nowo wymyślona formuła femizmu, bo zamiast przyznać, że Tak, chcę dobrze wyglądać, wymyśla się wymówki, że to przecież z pobudek feministycznych. Ten punkt widzenia można jeszcze zrozumieć, ale dla mnie kompletnym hardkorem jest wymysł tzw. stiletto feminism, który akceptuje w swoich ramach sugestywne podkreślanie seksualności (dla przykładu mówimy to np. o pracy striptizerki). Cóż, chyba ktoś tu zapomniał o długoletniej walce feminizmu z uprzedmiotowieniem kobiet.

Według mnie nieumalowana i nieogolona babka z lekką nadwagą jak i wylaszczona na maksa Beyonce są takimi samymi feministkami. To jak wyglądasz nie ma znaczenia -znaczenie ma to jakim jesteś człowiekiem.

Powakacyjny spleen

 

Prawie siedem tysięcy kilometrów przejechanych motorem w niecałe trzy tygodnie, dziesięć krajów i z tysiąc spróbowanych piw. Wyszukiwanie najlepszych wegetariańskich restauracji i obżeranie się świeżo zerwanymi figami. Pływanie w morzu nieopodal starego kamiennego miasteczka przy zachodzącym słońcu z jednej i wschodzącym księżycu z drugiej strony. Noc spędzona w pokoju nad starym pubem w średniowiecznym mieście, które wygląda, jak wyjęte z bajki. Niekończące wpatrywanie się w gwiazdy i wiele innych rzeczy, za którymi będę tęsknić w deszczowym Dublinie.

Te wakacje były niesamowite, tym bardziej więc powrót do rzeczywistości nie okazał się czymś łatwym. Problem ‚jak wrócić do rzeczywistości’ dotyczy większosci ludzi, których znam, stąd oto kilka moich sposobów na to jak radzić sobie z obniżonym powakacyjnym nastrojem.

Ale zanim się rozpiszę – spójrzcie tylko na Bruges – czyż nie jest to najpiękniejszy zakątek na świecie?!

water-710561_960_720
Bruge: miłość od pierwszego wejrzenia ❤

Spotykaj się z ludźmi

Kiedy za oknem coraz więcej jesieni, mam ochotę wskoczyć pod koc z jakąś grubą poweścią i nie wychylać głowy przez następne trzy miesiące. Kuszące, ale nawet tak przeobrzydły introwertyk jak ja wie, jak ważne jest obcowanie z innymi ludźmi. Szczególnie w okresie powakacyjnego spleenu. Wyskoczenie do kina, wspólny wieczorny spacer, wspólne ugotowanie kolacji, czy smakowanie nowych piw w ulubionym pubie ma udowodnione działanie terapeutyczne 😉

Planuj i zarządzaj sobą

Kiedy nie jesteś w pracy masz całe 24 godziny na to by zająć się wszystkimi rzeczami na jakie przyjdzie ci ochota. Kiedy wakacje się kończą twój zasób czasu jest również mocno ograniczony i niestety nic nie można na to poradzić, ale to właśnie sposób w jaki to ugryziesz ma ogromny wpływ na twoją efektywność. Nigdy nie byłam zwolenniczką planowania wszystkiego, ale jeżeli rysuje się przede mną stos rzeczy, którymi muszę się zająć, jest to najlepszy sposób. Ponadto planowanie zadań pozwala oszczędzić dużo czasu, które możemy wykorzystać na rzeczy, które lubimy robić najbardziej.

21731080_10155198958209514_8983506740326287792_n

Wstawaj wcześniej

Nie należę do rannych ptaszków, ale zdążyłam przekonać się, jak wiele rzeczy udaje mi się zrobić, kiedy zdołam wykraść porankowi te ekstra dwie godziny. Czasami warto wskoczyć do łóżka o normalnej porze i zamiast następnego dnia gnić do południa, zająć się czymś dla nas ważnym. Pomyśl, że jeżeli rano uda Ci się zrobić większość rzeczy zaplanowanych na dany dzień, to właściwie wieczór należy już tylko do Ciebie i tej butelki wina schowanej w lodówce!

Ruszaj się!

Żadna nowa folozofia – endorfiny, endorfiny i jeszcze raz endorfiny! Nie ma nic lepszego na obniżony nastrój niż porządnie dać sobie po dupie czy to na siłowni, czy biegając w parku – co kto lubi. Konkretny wycisk to taka lokata w życiową energię i witalność.

Przyjemnośći

Poświęć przynajmniej godzinę dziennie na to, co lubisz robić najbardziej. Jeżeli nie masz czasu – tak, jak pisałam wyżej-wstań wcześniej i najpierw zrób to, co musisz zrobić. Dla mnie dzień bez książki jest dniem straconym, ale jasne, że zdarza mi się mieć dni, kiedy książka tylko smutno patrzy na mnie z nocnej szafki. Niestety, między pełnoetatową pracą i pełnoetatowym wieloletnim związkiem, planowaniem wszystkiego w swojej właśnie powstającej firmie, regularnym treningami na siłowni oraz dopiero co zaczętą nauką jogi, próbami zostania w końcu wybitną literatką i profesjonalną rysowniczką i tym cholernym niemieckim, którego już chyba nigdy się nie nauczę (😂) czasami brakuje mi tej godziny na książkę. A szkoda, bo właśnie dorwałam Jesień średniowiecza Huizingi, jest bardzo porywająca i wszystkim polecam!

Muszę przyznać, że z powakacyjną depresją jest mi o tyle łatwiej, że najbardziej w świecie kocham jesień, a ta właśnie się zaczyna. Nie mimozami, jak pisał Tuwim, a słotą i spadkiem temperatury do 11 stopni. Ale dobre i to, w końcu to nie przedwojenna Warszawa, tylko najbardziej mżyste miasto świata 😉