Przepis na szczęście?

 Każdy chce być szczęśliwy, ale jeżeli zapytalibyśmy czym jest szczęście zapewne część z nas nie potrafiłaby tego zdefiniować, znaleźliby się też ci przebąkujący o spełnieniu w życiowym tendemie „kariera-rodzina”. Ale czy naprawdę chodzi o to? Jak to jest z tym szczęściem, że wszyscy go chcemy, ale tak mało z nas ma świadomość tego, czym ono jest? Otóż nie ma jednej odpowiedzi, bo szczęście jest szyte na miarę.


Wielu z nas szuka szczęścia na zewnątrz warunkując je wszystkim tym, na co nie ma wpływu, lub na co wpływ ten jest ograniczony. Oczywiście to, co dzieje się wokół ma znaczenie dla tego, co dzieje się w środku nas, jednak jestem przekonana, że prawdziwe żródło szczęścia leży w nas samych, a wszelkie spełnienie bierze początek w naszym wnętrzu. Prawdziwą sztuką jest dnaleźć w sobie pewną miarę w odniesieniu do świata. Uzależnienie od tego co zewnętrzne zawsze prowadzi do frustracji. Jeżeli w naszej głowie powstaje założenie, że „będę szczęśliwy kiedy………”(zmienię pracę, dostanę podwyżkę, kupię dom, urodzę dziecko, znajdę partnera itd.) to zwykła abstrakcja -słowo KIEDY przeradza się w realne ograniczenie. Bo co jeśli nie zmienimy pracy, czy nie kupimy pieknej willi, tak jak sobie to założyliśmy? Oznacza to, że już nigdy nie będziemy szczęśliwi? Dzisiejszy świat myli szczęście z innymi rzeczami, takimi jak chociażby przyjemność czy sukces, które są jedynie zewnętrznymi formami. Tymczasem szczęście jest stanem wewnętrznym dlatego i jego źródła należy szukać wewnątrz nas samych.

To, że zewnętrzne formy sukcesu, takie jak pieniądze, sława i wysoka pozycja społeczna nie są równoważne ze szczęściem wiemy nie od dziś, a jednak wciąż tak wielu z nas goni za nimi myśląc, że przyniosą mu coś, czym można zatkać tę wewnętrzną pustkę. Spójrzmy jak wielu ludzi, którzy w oczach świata osiągnęli wszystko, co jest wyznacznikiem sukcesu, jest nadal nieszczęśliwych. Jak wiele samobójstw zdarza się wśród tych, którzy opływają w sławę i dostatek. Jak wielu ludzi sukcesu nadal ma w sobię tę czarną dziurę, której nie potrafi zapełnić ani sława, ani pieniądze.

Jakiś czas temu Tadeusz Gadacz w wywiadzie dla Charakterów powiedział coś bardzo ważnego:

Wydaje mi się, że szczęście przestało być tym, o czym rozmawiamy, bo cały czas wmawia się nam, że mamy być ludźmi sukcesu. Począwszy od przedszkola:dzieci słyszą, że jak teraz się nie nauczą angielskiego czy chińskiego, to nie będą ludźmi sukcesu, potem studenci- że jak nie pójdą na kierunki, które dają dobrą pracę, to niebędą ludźmi sukcesu, młodym doktorantom powtarza się, że jak nie będą zbierać punktów, to przegrają konkurs na stanowisko adiunkta itd. Natomiast ja szczęście rozumiem jako swego rodzaju spełnienie własnego życia, kiedy człowiek może powiedzieć, że się zrealizował i życia nie zmarnował.(…) Jeśli sami w sobie nie znajdziemy miary w stosunku do świata, pewnego dystansu, to nic nie będzie nas w stanie uszczęśliwić.


f8b6369b5e9374695efd5ddf940e729c

Zajęło mi sporo czasu zrozumienie, że szczęście to nie to samo co sukces, czy uznanie w oczach świata.To też nie to samo, co ciągłe odczuwanie przyjemnosci. Przez lata próbowałam zrekompensować sobie wewnętrzny brak czegoś poprzez hedonistyczną gonitwę za różnymi uciechami, ale uwierzcie mi, że slogan sex,drugs and rock’n roll brzmi fajnie tylko jak ma się szesnaście lat. Z drugiej strony,tej mniej hedonistycznej, czułam wewnętrzny przymus aby, np. skończyc studia, bo nie mogłam nawet myśleć o ‚szczęśliwym życiu’ nie mając tytułu magistra przed nazwiskiem. Wydawało mi się, że bez tego byłabym niepełna. Kiedy tytuł się pojawił poczułam, że to nie to, bo przecież jeszcze lepiej byłoby zrobić doktorat. Przez długi czas odczuwałam ogromny dyskomfort, bo praca w jakiej utkwiłam nie była na tyle prestiżowa abym mogła czuć choćby wewnętrzne zadowolenie. To wszystko było uzależnieniem poczucia szczęśliwosci od czynników zewnętrznych. Niestety takie podejście zawsze prowadzi do odczuwania ciągłego nienasycenia – bo kiedy nie jesteśmy zadowoleni z tego, co już  mamy prześladuje nas świadomość tego,że było coś lepszego do osiągnięcia- gdzieś tam jest lepiej płatna praca, bardziej prestiżowe uczelnie i tytuły, większe domy i szybsze samochody. Odkąd zmieniłam swoje myślenie często łapię się na tym, że czuję to szczęście bardzo intensywnie. Czasami w najzwyklejszych momentach codziennego dnia po prostu przepełnia mnie taka wewnętrzna radość i nie jest to związane z niczym konkretnym, raczej z oczywistymi rzeczami: czasami prostymi jak to, że spędzam wieczór przy świetnej książce lub gotuję coś pysznego, a czasami z fundamentalnymi, jak to, że mam wspaniały związek czy pracę, którą lubię. Nie mam milionów na koncie i nie zrobiłam jeszcze spektakularnej kariery, a mimo to czuję, że jestem w miejscu, w którym powinnam być, a w przyszłości na pewno będę w miejscu jeszcze lepszym, bo cały czas do tego dążę, choć nie utożsamiam tego z osiągnięciem stanu szczęśliwości. Przy tym poczucie szczęścia pojawia się najczęściej kiedy zdaję sobie sprawę, że jestem tu po to, żeby odwalić swoją robotę i dążenie do wykonania tego nadaje sens wszystkiemu. Myślę, że każdy z nas ma na tym świecie coś do zrobienia i ta osobista misja może być zaczątkiem prawdziwego szczęścia. Jeżeli odnajdziemy w sobie to, co w nas „gra”  i będziemy wsłuchiwać się w tę wewnętrzną melodię, to jest to dobra droga do uzyskania stanu, który wymyka się wszelkim definicjom, a który nazywamy szczęściem. Sęk w tym, aby nie próbować tworzyć sztucznych określeń na to, czym ono jest w istocie i nie uciekać w porównywania. To, co gra w każdym człowieku jest zawsze inne i zawsze tak samo ważne. Każdy nosi w sobie inną melodię. Nie ma tu znaczenia, czy twoją melodią jest to, że tworzysz sztukę, muzykę, literaturę, czy zajmujesz się nauką, czy pieczesz ciasta lub zajmujesz się rodziną- to wszystko jest tak samo istotne i potrzebne. Po prostu każdy ma inną drogę.

Dlaczego nie robimy tego, co chcemy robić?

Zastanawialiście się kiedyś jak będzie wyglądać wasze życie za pięć, dziesięć lat? A czy pamiętacie tę wersję sebie sprzed kilku lat, która zastanawiała się jak będzie wyglądać jej życie właśnie w tym momencie, w którym teraz jesteście? Co pomyślałbyś o osobie, którą jesteś teraz widząc się oczami samego siebie sprzed pięciu, dziesięciu lat? Większość z nas niestety nie byłaby zadowolona,a na pewno znaleźliby się tacy, których taka wizja siebie napełniłaby przerażeniem. Dlaczego dzieje się tak, że stajemy się kimś, kim wcale nie chcieliśmy się stać?

Często pomimo tkwienia w sytuacji, która nam nie odpowiada nie potrafimy zmienić stanu rzeczy. Zapominamy o marzeniach, które kiedyś mieliśmy i przestajemy wierzyć, że możemy je kiedykolwiek spełnić. Gubimy siebie w nudnej codzienności odkładając życie na później. W efekcie nie jesteśmy tym, kim naprawdę chcielibyśmy być i nie robimy tego, co chcielibyśmy robić. Dlaczego?

Czekasz na coś, co się samo stanie

Nic samo nie przyjdzie. Nie żyjesz w bajce, w której piękny książe przybędzie cię uratować i uczynić szczęśliwą do końca życia. Nie jesteś też tym szczęściarzem ze starego filmu u którego ktoś zauważył wielki talent i uczynił go sławnym i bogatym. Jedyną wróżką, na jaką możesz liczyć w swoim życiu jesteś TY SAM(a). Tylko od ciebie zależy jak potoczy sie twoje życie. Jeżeli masz pasję poświęć się jej w stu procentach, a to na pewno zaowocuje. Jeżeli masz talent rozwijaj go codziennie, a być może któregoś dnia zamiast do nudnej pracy wybierzesz się …no właśnie? Dokąd chciałbyś się wybrać? Czy jest coś, co naprawdę chciałbyś robić? Jeżeli tak mam jedną prostą radę: RÓB TO!

Brak motywacji i złe nawyki

Odnalezienie motywacji nie jest proste, a utrzymanie jej na jednakowym poziomie wydaje się w ogóle niemożliwe. Dlatego bardzo ważne jest wykształcenie w sobie odpowiednich nawyków. Osiąganie celów (możemy je również nazwać marzeniami) często wymaga żmudnej pracy, wysiłku, poświęcenia i czasu. Ludzie, którzy osiągają sukcesy przechodzą tę niełatwą drogę dzięki temu, że potrafią zapanować nad sobą. Kluczem jest samodyscyplina. To wydaje się bardzo proste, lecz pomyśl: gdybyś był w stanie zapanować nad sobą w takim stopniu, że codziennie, ale to absolutnie codziennie, wykonywałbyś wytyczone sobie zadania (to może być cokolwiek: nauka języka, treningi, gra na gitarze, nauka rysowania, programowanie, śpiewanie itd.) jak daleko byłbyś dzisiaj? Poświęcając na coś jakąś część czasu codziennie (lub prawie codziennie) i będąc systematycznym jesteśmy w stanie doprowadzić niemal każdą umiejętność do poziomu mistrzowskiego. Musimy tylko zapanować nad cowieczorną chęcią przełączenia się na tryb Netflix+pizza, co wcale nie jest łatwą sprawą.

light-bulb-1246043_960_720

Dwa zabójcze ‚P’

Prokrastynacja, czyli odwlekanie i odkładanie wszystkiego na potem, to największy zabójca naszych marzeń. Potem wcale nie będzie lepiej, łatwiej, czy inaczej. Potem będzie jedynie mniej czasu na zrobienie tego, co możesz zrobić już teraz. Podobnie nigdy nie będziesz perfekcyjny. Kolejne ohydne P to perfekcjonizm, który często niweczy nasz wysiłek już na samym początku. Kiedy zabieramy się za zrobienie czegoś oczywiste jest, że nie jesteśmy w tym perfekcyjni i świadomość tego może odbierać nam motywację w ogóle do starania się. Perfekcyjni nie jesteśmy nawet, gdy robimy coś dłuższy czas, co wcale nie oznacza, że nie robimy tego dobrze. Spójrz na osoby, którym udało się odnieść sukces w dziedzinie, w której też chciałbyś coś zrobić (ale ty jeszcze nie czujesz się na tyle dobry i czekasz na to, by kiedyś być w tym idealnym, prawda?) i zobacz, że oni też nie są perfekcyjni w tym, co robią. Wielu świetnych muzyków zalicza nieliche wpadki na scenie, wielu pisarzy wydaje rzeczy, które są czasem nieco słabsze literacko, sporo znanych aktorów ma w dorobku nieudane role. Nikt z nich nie jest perfekcyjny, ale każdy z nich jest wielki. Ty też możesz być.

Jesteś zmęczony życiem

Wstajesz zbyt wcześnie, aby nie spóźnić się do pracy, której nie lubisz. Spieszysz się z wypiciem kawy, połykasz w biegu śniadanie i tak cały dzień, aby przypadkiem nie tracić zbyt wiele czasu. Czasu, kóry chcesz wykorzystać na zrobienie rzeczy, które i tak nie sprawiają ci przyjemności. W pracy odliczasz godziny do końca. Wracając do domu, zamiast cieszyć się na myśl o wolnym popołudniu/wieczorze, myślisz o tym wszystkim, co MUSISZ zobić. Zakupy, zapasy, gotowanie,zmywanie, nastawienie prania, posprzątanie łazienki, odpisanie na maile, telefon do banku…i tak w kółko. Otóż, aby poczuć się nieco lepiej uświadom sobie, że NIC NIE MUSISZ!

Jeśli jesteś wypalony nie masz siły, a nawet i chęci na spełnianie swoich marzeń i celów. Jeżeli jesteś zmęczony odpuść sobie, wyluzuj i po prostu odpocznij. W natłoku obowiązków, które często sami sobie narzucamy, bardzo łatwo zgubić zdrowe podejście do życia. Jeżeli raz nie odkurzysz mieszkania, ale za to w tym czasie wylegując się w gorącej kąpieli przeczytasz najbardziej inspirującą powieść, to czy stanie się coś złego?


Powyższe przemyślenia to żniwo mojej walki z samą sobą. Wszystko o czym napisałam przeżyłam i przetrawiłam niejednokrotnie, co nie oznacza, że ów walkę wygrałam. Walka toczy się nadal. Pole bitwy rozciąga się pomiędzy biurkiem z przyborami do rysunku, a ekranem telewizora, z którego wzywają mnie wszystkie porywające seriale świata. Ścieram się w bitwie pomiędzy zaczętą powieścia, która nie jest na tyle perfekcyjna, by próbować ją wydać, otwartą książką z niemiecką gramatyką (a ktoś kiedyś powiedział, że życie jest zbyt krótkie, żeby uczyć się niemieckiego), boleśnie ambitnym planem na siłownię (I don’t wanna die with flat ass 😂 ), a tym urzekającym miejscem w mieszkaniu, gdzie jest kanapa, koc, czekoladki i mnóstwo głupotek na you tube. Cóż, walczyć trzeba dalej ! 😉