Święte absurdy (I)

Czy religia jest potrzebna człowiekowi, czy nie to kwestia, którą można poddać dyskusji, jednak dyskusja taka w samym założeniu byłaby płonna, bo i po co przekonywać wierzącego o bezużytecznośi jego kultu lub niewierzącego do tego,że popełnia błąd. Nie chodzi mi o przekonywanie kogokolwiek, a jedynie o logiczne zestawienie kilku faktów, które pozwolą spojrzeć  na zagadnienie z innej perspektywy. Wiem, że pisząc o absurdach religii można napisać całą książkę, więc traktuję ten wpis jako jedynie zarys. Jeżeli jesteś człowiekiem głęboko wierzącym, u którego łatwo urazić tzw. „uczucia religijne”, nie czytaj tego tekstu.

Religia wiąże umysł człowieka i to wiąże go w taki sposób, że pomimo posiadanej inteligencji i wiedzy zamyka mu oczy i uniemożliwia logiczne, czyli wywodzące się z rozumu postrzeganie świata. Mniej więcej do późnego paleoitu człowiek był istotą alogiczną i nie znał mechanizmów rządzących przyrodą, stąd naturalne wydawało się dążenie do tworzenia różnego rodzaju kultów jako odpowiedzi na wszelkie pytania dotyczące tajemnic świata i przyrody. Od tego czasu minęło jednak jakieś piętnaście tysięcy lat, a ludzkie umysły wciąż zaprzątnięte są wiarą w różne ponadnaturalne niedorzeczności. Według mnie trzy najbardziej absurdalne aspekty religii to oparcie wiary i światopoglądu na tzw. świętych księgach oraz bezkrytyczna wiara w dogmaty i kreacjonizm.

Święte księgi

W I wieku na terenach Palestyny wobec istotnych napięć politycznych pojawiło się wielu przywódców i kaznodziejów, którzy skupiali wokół siebie uczniów i wyznawców. Jezus był tylko jednym z nich, ale tak się złożyło, że jego kult przetrwał aż do naszych czasów. Podobnie, jednak w odstępstwie sześciuset lat, Mohamed, twierdzący, że otrzymuje przekazy od boga, zgromadził wokół siebie wielu zwolenników. To był początek Islamu. Obie religie (jedne z największych dzisiaj) w ogromnym stopniu opierają się na świętych księgach – Biblii i Koranie. Początki Biblii, a dokładnie Starego Testamentu sięgają jeszcze XI w. p.n.e. Większość ksiąg powstała w okresie panowania perskiego, natomiast Nowy Testament został spisany już w drugiej połowie I wieku. Koran pierwotnie przekazywano ustnie (Mahomet był analfabetą), spisano go dopiero po śmierci proroka. W ciągu wieków teksty te tłumaczono, poprawiano i korygowano w takim stopniu, że prawdopodobnie dzisiejsze wersje znacznie odbiegają od tego, co moglibyśmy wyczytać w „oryginałach”. Dziś wielu ludzi wierzących traktuje je bardziej jako literacki rarytas, jednak nie można zapominać, że to właśnie te księgi stanowią trzon ich wiary. Dlaczego więc tak wielu ludzi traktuje Biblię wybiórczo? Przeciętny chrześcijanin omija to, co w dzisiaj wydaje się niedorzeczne i tłumaczy, że to kwestia interpratacji i metafor (przyznając tym samym, że ich święta księga jest pełna bzdur). W wielu krajach muzułmańskich Koran nadal jest istotnym źródłem prawa, co chyba jest jeszcze gorsze od tak częstej chrześcijańskiej hipokryzji. Bo jak można DOSŁOWNIE traktować to, co zostało wypisane setki lat temu przez ludzi, którzy nie mieli pojęcia o rzeczach, które dziś są dla nas oczywiste. „Mądrości” ze świętych ksiąg po prostu nie wpisują się w naszą rzeczywistość. Przerażające jest jak wielu muzułmanów bierze sobie do serca każde słowo wyczytane w Koranie. Jeżeli zdarzyło wam się czytać Koran to wiecie, że obok nosensów jest tam też spora dawka mizoginizmu i ksenofobii. Zresztą, tak samo jak w Bibli, której główną zaletą jest to, że jest wartościowa pod względem literackim, czego o Koranie nie można powiedzieć.

FA1099DEF

Każda religia stara ukazywać się jako jedyną właściwą, co jest przecież zrozumiałe, bo jak inaczej przekonać ludzi do kultu? Jednak kiedy przyjrzymy się każdej z nich z osobna poprzez pryzmat wiedzy, która dziś posiadamy, nie sposób uciec wrażeniu, że w dużym stopniu religie nie są niczym innym jak swoją wzajemną kopią. Cóż, kiedy powstawały nie istniało coś takiego, jak prawa autorskie. Nie chodzi już nawet o to, że w trzech wielkich religiach Zachodu osoba boga jest właściwie ta sama (umownie powiedzmy, że ta sama – to już temat na dłuższy wywód), ale o to, że możemy w nich znaleźć odpowiedniki lub „inspiracje”, które zostały zaczerpnięte ze starszych wierzeń. Większość ksiąg biblijnych ma swoje odpowiedniki w utworach starożytnego Egiptu. Można posunąć się do twierdzenia, że właściwie Biblia się na nich opiera. Dla przykładu Księga Rodzaju ma swoje korzenie w starożytnym Staela Szabaki, Księdze Piramd i Papirusie Bremner-Rhind, Papirus Ledejski to egipski odpowiednik Księgi Psalmów. Oczywiście przykłady można mnożyć. Mojżeszowe cuda (rozstąpienie mórz i zapowiedź nastania ciemności)  już wcześniej miały miejsce w wykonaniu Dżażaemancha, natomiast sam Mojżesz jest klonem króla Sargona z Akkady, który również został wyłowiony w koszyku z sitowia. Nie da się ukryć, że losy Mojżesza są mocno „zainspirowane” Czarami na dworze króla Cheopsa i Si-Usire. Losy hebrajskiego Józefa natomiast bardzo przypominają egipskiego Bata i jego historię, a pierwszym znanym mesjaszem był Nefreti, który stanął przed faraonem Snofru. Ponadto Biblia przepełniona jest cytatami z sbojet (egipskich utworów dydaktyczno-moralizatorskich).

Podobieństw wsród wierzeń można dopatrzyć się wszędzie. Trójca Święta (jeden z większych absurdów chrześciajaństwa jako religii monoistycznej!)  to nic oryginalnego, bo przecież wcześniej istniały triady kananejskie, babilońskie, asyryjskie, egipskie czy rzymskie (trójca kapitolińska) oraz Brahma, Wisznu i Siwa w hinduiźmie. Narodziny Kriszny (przez dziewicę zresztą) zapowiedziała pojawiająca się na wschodzie gwiazda – sam Kriszna za życia czynił cuda, a po śmierci zmartwychwstał. Dionizos też był czyniącym cuda synem dziewicy, na dodatek urodzonym 25 grudnia. Perski Mithra, również urodzony 25 grudnia syn dziewicy, miał dwunastu uczniów i zmartwychwstał po trzech dniach. Egipski Horus narodził się z niepokalanego poczęcia. Brzmi znajomo?

Warto zaznaczyć, że na synkretyźmie opierało się wiele religii, nie dotyczy to jedynie chrześcijaństwa. Już w świecie starożytnym asymilowano obce bóstwa i włączano je między poczet własnych. Wobec tych faktów śmieszne wydaje się to, jak wielu ludzi nadal uważa swoją religię za jedyną prawdziwąwłaściwą.

Nieomylność religii

Dogmaty religijne nie są niczym innym, jak mizerną próbą odzewu na niewygodne fakty i pytania. Bo jeżeli coś wydaje się być nielogiczne, a tym samym zdrowy rozsądek nakazywałby się temu sprzeciwiać, jak wytłumaczyć to, że niektórzy nadal upierają się przy swoim pomimo totalnego braku tej logiki? A no dogmatem właśnie! Zresztą, taki sam mechanizm dotyczy kreacjonizmu, kolejnego religijnego abbsurdu. Tak więc niech nie dziwi was, że jedyny (jeden ale w trzech osobach)  bóg urodził się jako swój własny syn z kobiety, która była dziewicą, która następnie wstąpiła do nieba. Co ciekawe, to wniebowstąpienie zostało przyjęte za dogmat dopiero w połowie XX wieku przez papieża, który według innego dogmatu jest ZAWSZE nieomylny. Tzw. prawdy wiary z prawdą mają tyle wspólnego co nic. Jeżeli przyjmiemy, że dana religia stanowi całość, z której nie wybiera się tego, co akurat pasuje, widzimy jak trudno pojmować ją w kategoriach innych niz kategorie nonsensu.

Kreacjonizm

Wiara w stworzenie świata i natury przez osobowego boga, w obliczu przeczących temu osiągnieć nauki, jest wiarą ryzykowną. Dziś nawet stosunek kościoła wydaje się zbliżać do akceptacji teorii ewolucji (typowe zagranie Kościoła Katolickiego-kiedy już nie ma szans na wypieranie niewygodnych faktów następuje próba pogodzenia z ich założeniami religijnymi). Tam, gdzie Biblia traktowana jest dosłownie (głównie kraje protestanckie i baptyści w Stanach Zjednoczonych) wiara w kreacjonizm jest silniejsza. Cóż, niektórzy najwidoczniej wolą pozostać ślepymi. Mnie zastanawia tylko dlaczego bez zastanowienia przyjmują to, co zostało napisane w jakiejś książce dwadzieścia sześć tysięcy lat temu, a jakoś nie potrafią przyjąć do świadomości faktów, które oferuje im współczesna nauka.

download
Jak wytłumaczysz zachód słońca skoro nie ma boga? Niepodważalny argument kreacjonistów 😉

Na koniec przypominają mi się słowa Whartona, który powiedział, że nie ma takiej absurdalnej rzeczy, której by człowiek nie zrobił, próbując nadać życiu jakiś sens.

Amen.

Reklamy

Pomiędzy opresją a wyzwoleniem

Zapewne słyszeliście o tym, jak kilka dni temu kobieta na jednej z francuskich plaż została „poproszona” o ściągnięcie burkini. Ze zdjęć, które ukazały się w internecie można wywnioskować, że nie miała zasłoniętej twarzy, a jedynie ciało i włosy. Gdybym usiadła obok niej w jeansach i długim swetrze, czy bluzie z kapturem, wyglądałabym podobnie, a mogę się założyć, że w tym wypadku nie przeszkadzałabym nikomu. Czy sytuacja we Fracji, po tym całym terrorystycznym szlamie, jakie spadło na to państwo, wrze już na tyle, że nawet takie rzeczy, jak  burkini na plaży mogą drażnić? Zasłonięte ciało to jednak coś innego niż zasłonięta twarz.

O co więc to całe halo? O to gdzie się kończy i zaczyna wolność. Wolność do wyboru własnej odzieży to rzecz, która aż brzmi śmiesznie, kiedy wypowiada się ją na głos. Jest jednak czymś oczywistym. Jeżeli ktoś ma ochotę zasłaniać się – proszę bardzo. Jeżeli chce zasłaniać swoją twarz sprawa nabiera już innego wydźwięku ( pokazywanie twarzy, a co za tym idzie swojej tożsamości to bardzo istotna rzecz jeśli chodzi o bezpieczeństwo, szczególnie po ostatnich terrosrystycznych niespodziankach fundamentalistów). Zresztą, tożsamość to słowo klucz. Muzułmanki swoim strojem wyrażają siebie i wpisują się w tożsamość pewnej kultury. Wiele z kobiet noszących przykrycie głowy uważa, że jest to ich własny wybór czyniący je wyjątkowymi na tle innych kobiet nie stosujących się do zaleceń…no właśnie, czyich zaleceń? Religii? Kultury? Zasłanianie twarzy nie ma podstaw w Koranie, wynika bardziej z islamskiego fundamentalizmu, aczkolwiek kilka cytatów, które mogłyby być zinterpretowane jako nakaz zasłaniania oblicza, można znaleźć w jego rozdziałach:

„Gdy objawione zostało: »Powiedz wierzącym kobietom, żeby spuszczały skromnie swoje spojrzenia i strzegły swojej czystości« (Surah an-Nur, 24:31), kobiety odcięły skrawki swych spódnic i zakryły nimi swe twarze.”

Twarze zasłaniano już w starożytności, między innymi w Persji, czy w Atenach i nie miało to podłoża religijnego, (to nastąpiło znacznie później na Bliskim Wschodzie) było raczej wypełnieniem swoistego kodeksu obyczajowego. Zasłonięta twarz była też wyznacznikiem wyższej klasy społecznej. Zastanawia mnie, jak to wszystko ma sie do dziesiejszego świata. Na ile wybór kobiet, które noszą niqab czy hidżab, jest ich własnym i w pełni świadomym wyborem, a na ile wynika z (być może podświadomego) lęku o wykluczenie społeczne?

Opresja czy wyzwolenie?

Kobiety zasłaniają swoje twarze i ciała, by nie kusić mężczyzn i nie przyczyniać się do grzechu. Te, które noszą hidżab są najzwyczajniej w świecie bardziej PRZYZWOITE. Uważają się za wyzwolone od męskiego pożądania. Nikt wszakże nie wymaga od mężczyzn powstrzymania niezdrowego popędu (bo nad zdrowym da się zapanować), a gwałt, czy molestowanie według tego schematu to zawsze wina kobiety. Obwinianie ofiary to najbardziej powszechna i ohydna praktyka (wszyscy słyszeliśmy te historie: kara więzienia na zgwałconej kobiecie za pozamałżeński seks, a następnie ślub z gwałcicielem dla zmazania winy). Czy takie myślenie nie uderza w godność kobiet? Czy nie implikuje grzesznej niższości kobiet jako istot ludzkich? Muzułmanki od wczesnych lat mają wpajane zasady dotyczące obyczajowości. Jeżeli mała dziewczynka słyszy, że musi zasłaniać włosy, ciało, a nawet twarz bo: a) bóg tego od niej chce, b) inaczej nie będzie szanowana przez społeczeństwo, c) bo to jest właśnie przyzwoitość, to jako dorosła kobieta zawiąże na włosach chustę myśląc, że jest to jej własny wybór.

Myślę, że wszystkie te historie z burkami, hidżabami, burkini i wolnością wyboru powinny skłonić nas do pomyślenia o jednej kwestii – o stosunku do kobiet. To, jak społeczeństwo traktuje kobiety niestety nie zmieniło się aż tak bardzo, jak mogłoby się wydawać. Owszem, kobiety mają więcej praw (nie wszędzie!), jednak stosunek do kobiet pozostawia jeszcze wiele do życzenia. I nie mówię tu o stosunku mężczyzn do kobiet, a o stosunku całego społeczeństwa, w którego skład wchodzą też kobiety. Niesprawiedliwe podchodzenie do kobiet  nie objawia się tylko w mizoginii, czasem to same kobiety sprowadzają swoją płeć do „niższej rangi”. Wątpliwe? A słyszeliście kiedyś podobne rzeczy z ust koleżanek?

 Jak mogła się tak ubrać?Ale szmata! , Już ma ze trzydzieści lat i dalej nie ma faceta, Z taką dupą nie zakładałabym tej sukienki, Jak tak się zachowuje sama jest sobie winna, Nie powinna tak się ubierać, Powinnaś bardziej wyeksponować nogi

Uff…brzmi znajomo? Niestety czasami nieświadomie gramy przeciwko sobie. A co kwestii hidżabu – myślę, że każdy wybór jest dobry, jeśli jest wolnym i świadomym wyborem. Na ile możemy wybierać świadomie, to już zupełnie inna bajka.

landscape-1453482018-1-dolce-hijab
Dolce&Gabbana: możesz wyglądać modnie, luksusowo, z klasą i nowocześnie (ale twoje ciało nadal jest zalążkiem grzechu, więc je schowaj! )

Kilka słów o skrajnościach

Uwielbiam czytać Pamuka. Uwielbiam go za styl, za  swoistą egzotykę (bo przecież pisze o obcej mi Turcji) i jednocześnie za tę swojskość, którą czuję, ale której nie potrafię wytłumaczyć. Myślę, że między innymi na niemożności wytłumaczenia i ujęcia w słowa polega geniusz. Ale nie o geniuszu dzisiaj.

„Ojczyzna albo chusta” – to tytuł sztuki, od wystawienia której zaczyna się polityczny przewrót w powieści „Śnieg”. Chusta jest tu symbolem politycznego islamu, który zostaje przeciwstawiony równie fudnamentalistycznej świeckości. Pamuk nie opowiada się po żadnej ze stron, między wersami możemy wyczytać, że pisarz stara się pokazać jak groteskowy potrafi być dogmatyzm w każdym wydaniu. Ta książka uświadomiła mi, jak niebezpieczne jest zapędzanie się w każdą skrajność. poczytajmy Pamuka i pomyślmy nad tym, co się działo z Turcją przez ostatnie sto lat.

pamuk111

Od zawsze myślałam o sobie jako o osobie nowoczesnej, laickiej, wyzwolonej, tolerancyjnej. Na przestrzeni lat pojęca te uległy pewnej dewaluacji. Niestety nie potrafię już tolerować wszystkiego dla samej idei totalnej tolerancji. Są rzeczy, których tolerować nie mogę, są i takie, które przyprawiają mnie o mdłości, zdumienie, a nawet gęsią skórkę – ich tolerować nie chcę. Boję się nienawiści. Nie cierpię na islamofobię, chrystianofobię, ani inną religiofobię, ale przyznaję, że boję się doktryn, które sprowadzają na ludzi nienawiść. Boję się fanatyzmu i zaślepienia. Ogarnia mnie strach na myśl o bezkompromisowym podejściu do nauk wywodzących się z wierzeń, które ze współczesnym światem nie mają już wiele wspólnego. Ale jest też druga strona, którą odkryłam dopiero niedawno – tak samo, jak przeraża mnie każdy religijny dogmatyzm, przeraża mnie zacięty fanatyzm na każdym, nawet świeckim podłożu. W kręgu moich znajomych są różni ludzie i wiem, że naprawdę możliwe jest „bezbolesne” funcjonowanie obok siebie osób o skrajnie różnych poglądach, jednak nie zawsze jest to łatwe. Wielu z nas ma zupełnie inne podejście do tego czym jest świeckość ( jeden z moich dobrych przyjaciół do tej pory twierdzi, że Bangladesz to świeckie państwo…). Wielu z nas inaczej odbiera religijną dogmatyczność ( dla niektórych fanatyzmem będzie nawet coniedzielna msza, której nie można opuścić).

Czasami warto pomyśleć nad wszystkimi przyświecającymi ideałami, w które wierzymy z całych sił, aby zastanowić się, czy mają odniesienie do świata, w którym żyjemy. Czy świeckość sama w sobie  jest wartością? Dla mnie jak najbardziej, ale dla kogoś kto myśli inaczej niż ja, może to być już wartość podrzędna. I tu przychodzi czas na refleksję – jak daleko możemy posunąć się w tolerowaniu skrajnośći innych ludzi? I czy to właśnie ten brak możności tolerowania wszystkiego prowadzi do nienawiści?

Nie, nie mam gotowych odpowiedzi, sama zastanawiam się jak działa ten mechanizm.