Czym nie jest feminizm

Ostatnio dość często zdarza mi się usłyszeć pytania, komentarze, czy po prostu być świadkiem rozmów, które wprawiają mnie w konsternację. Dotyczą one szeroko pojętego feminizmu, a raczej tego, co niektóre osoby za feminizm uważają. Wystrzelmy na początek z suchej definicji, aby mieć pewność, że mówimy o tej samej rzeczy:

Feminizm to nie tylko ideologia, to również ruch społeczny i polityczny, kulturowy i intelektualny związany z równouprawnieniem kobiet. Feminizm pierwszej fali dotykał głównie spraw edukacji i zmian prawa, natomiast feminizm drugiej fali dotyczy bardziej złożonych kwestii, jak równouprawnienie na rynku i pracy, aborcja, szeroko pojęta kobieca seksualność. Wyróżnia sie też trzecią falę ruchu feministycznego, który uogólniając jest połączeniem ruchu feministycznego ze współczesnymi nurtami teorii społecznych. Feminizm stawia przed sobą wiele celów i wiele z nich może się od siebie znacząco różnić, jako, że na ruch feministyczne składają się nurty zarówno umiarkowane i rewolucyjne. Tym, co łączy je wszystkie jest przekonanie, że kobiety są (w mniejszym lub większym stopniu) społecznie dyskryminowane i że należy to zmienić. Tyle w skrócie.

3a04a8216eaf8b660e94f9a6a1f10337

Czym feminizm nie jest? Nie jest ruchem mającym na celu dyskredytowanie mężczyzn. Feminizm to ruch dążący do poprawy sytuacji kobiet.Oczywiście jest to problem wielowarstwowy, bo i sytuacja kobiet na całym świecie różni się znacząco. Kobiety w Europie, czy w Ameryce osiągnęły już sporo w kwestii równouprawnienia. Mogą głosować, praktycznie mogą pracować gdzie im sie podoba, mogą wybrać ścieżkę kariery jaka tylko przyjdzie im do głowy. To w teorii, bo tak naprawdę w społeczeństwie wciąż dominuje przekonanie albo kariera, albo dom (dziwne, że problem ten nie dotyczy mężczyzn, prawda?). Często kobiety, które nie chcą rezygnować ani z pracy zawodowej, ani z założenia rodziny, harują jak oślice, bo przecież ktoś musi zająć się domem, gotowaniem, sprzątaniem i dziećmi po godzinach pracy. Niestety często obowiązki te przypadają tylko „pani domu”. Ktoś może powiedzieć, że wymyślamy sobie problemy, bo przecież w takiej Arabii Saudyjskiej, czy krajach afrykańskich jest dużo gorzej i tak naprawdę to właśnie tam kobiety nie mają żadnych praw. Oczywiście, zgadazm się z tym i uważam się za szczęściarę, że urodziłam się w kraju, w którym mogę sama wyjść na ulicę, mogę prowadzić auto (!), wybrać pracę, jaka mi się podoba, nie muszę wychodzić za mąż, gdy nie mam na to ochoty i nikt mnie do tego nie zmusi. Przyznaję, nie jest źle, jednak często kobiety gubią się pomiędzy tym, co nazywa się  powinnością, a prawami, które im się należą, jak każdemu innemu człowiekowi.

Jako kobieta i człowiek mam prawo do:

  • decydowania o stylu swojego życia
  • decydowaniu o własnym ciele
  • niezależności ekonomicznej
  • dzielenia obowiązków domowych na równi z mężem/partnerem
  • rezygnowania z posiadania dzieci, jeśli nie czuję takiej potrzeby
  • identycznych zarobków za wykonywanie tej samej pracy co mężczyzna

Jako kobieta i człowiek nie muszę:

  • czuć się winna/gorsza, że nie lubię gotować i sprzątać (lol)
  • wybierać pomiędzy rodziną a karierą
  • w związku przedkładać potrzeb mężczyzny ponad swoje własne – ani swoich ponad potrzeby mężczyzny (tak, równość właśnie!)

To wszystko wygląda bardzo klarownie i rozsądnie, jednak codzienność zbyt często weryfikuje moje przekonania na temat kobiet i ich samoświadomości. Czasami myślę, że kobiety same sobie podstawiają kłody pod nogi. Niedawno uczestniczyłam w takiej oto rozmowie – pewna kobieta opowiadała, jak to jej syn nie potrafi znaleźć sobie ODPOWIEDNIEJ dziewczyny, bo przyzwyczajony jest, że w domu o wszystko dbała mama, było zawsze posprzątane, obiad podany na czas itd. Najwyraźniej dziewczyny, z którymi się umawiał miały inne rzeczy na głowie ( 😉 ). Inna kobieta z wyrazem troski na twarzy stwierdziła, że skoro syn mieszka w USA to normalne, bo „one są inne, nie lubią sprzątać, ani gotować”. W trakcie tego wywodu trochę mną wstrząsnęło i powiedziałam, że sprzątanie i gotowanie też do moich pasji nie należą i wcale nie uważam się z tego powodu za kobietę upośledzoną, albo za taką trochę „mniej kobietę”. Dziewczyny te spodziewałay się, że będę przytakiwać im utyskiwaniom na rozwydrzone Amerykanki, bo przecież też pochodzę z Europy bardziej Wschodniej niż Zachodniej (ja rozróżniam położenie geograficzne i mentalne), gdzie tak bardzo szanuje się tradycję, gdzie kobieta jest opiekunem domowego ogniska. „Jesteś feministką? ” usłyszałam pytanie i w jakiś sposób zasmuciło mnie to. Poczułam, że zostałam odebrana jako kobieta w pewnym sensie niepełna, jakby z pewnym wrodzonym brakiem – bo jak mogę w pełni uważać się za kobietę, kiedy po pracy zamiast zająć sie ogarnianiem miłosnego gniazdka i pichceniem dla ukochanego, wolę  np. otworzyć piwo i obejrzeć jakiś koncert?  Dodam, że dziewczyny te sprawiały wrażenie raczej ogarniętych, były aktywne zawodowo, jedna z nich nadal studiuje. A jednak, gdzieś pod skórą cały czas wyczuwalne jest to odwieczne przeświadczenie, że kobieta to jednak tylko takie dopełnienie swojego mężczyzny. Smutne. (Na podobną rzecz natknęłam się czytając jakieś przypadkowe blogi – od jednego po prostu nie mogłam sie oderwać! Dziewczyna, która sama siebie klasyfikuje jako wizytówkę swojego męża i  żonę przede wszystkim, ale temu chyba poświęcę osobny wpis, bo jest o czym pisać!). Kiedyś wdałam się w dyskusję na temat randek i  związków i znów zostałam zapytana „Jesteś feministką?”. Nie uważam bowiem, że to mężczyzna powinien płacić za kobietę. Moim zdaniem czasy, kiedy kobiety były finansowo zależne od mężczyzn przeszły dawno do lamusa, więc utrzymywanie tych sztucznych form, jest według mnie głupie i krzywdzące dla kobiet. Owszem, nie mam nic przeciwko temu, że ktoś postawi mi piwo, ale następnym razem płacę ja. Proste. Bawią mnie dziewczyny, które uważają się za oświecone i nowoczesne, mówią o sobie, że są feministkami, a po pierwszej randce z facetem narzekają, że „nawet nie zapłacił za jej taksówkę do domu”. Równość powinna być równością zawsze, nie tylko tam, gdzie akurat komuś w danej chwili pasuje. Z tych śmieszno-tragicznych rzeczy pamiętam również, jak jedna z moich znajomych twierdziła, że nie zostawi dziecka samego z mężem, bo „przecież facet nie potrafi opiekować się dziećmi”. Cóż, jesteśmy tym, czym nasiąkamy przez całe życie i do nas należy, aby oduczyć się tego, co było nam przez lata niesłusznie wmawiane.

thais-godinho

 

ikona:gaiadergi

Reklamy

Autor: refleksjeniesymetryczne

Z wykształcenia dziennikarka, polonistka i specjalistka od PR. Aktualnie zawodowo zajmuję się makijażem i niszowymi zapachami, co sprawia mi wielką frajdę. Poza malowaniem twarzy rysuję i udoskonalam swoje umiejętności graficzne. Piszę. Uwielbiam literaturę i ciężką muzykę. Moja słabość to dobre piwo, kino grozy i drogie kosmetyki.

8 thoughts on “Czym nie jest feminizm”

  1. Ja tam bym się nie obraził, gdybym mógł zajmować się domem – tyle czasu na czytanie, pisanie, granie w przerwach między domowymi obowiązkami. Ale nie, trzeba pracować „zawodowo” i zarabiać.

    Lubię to

  2. Bo z nami dziewuchami to jest czasem tak, że całe życie się na nas chucha, rzuca się teksty o Adzie i wypadaniu, kupuje nam się zabawkowe kuchnie i przebiera za księżniczki. Potem to owocuje takim dziwnym podejściem do życia.

    Lubię to

      1. Ładna, nie koniecznie mądra. Seksowna, nie koniecznie inteligentna. Urocza, nie koniecznie rozsądna. Dodajmy do tego całą masę stereotypów (blondynki, biuściaste, rude itd.), zakazów, norm… mam nadzieję, że to się powoli zmieni 🙂

        Polubione przez 2 ludzi

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s